data dodania: 08.04.2008; źródło: www.reprezentacja.net

- Nie ma wątpliwości, że największym atutem Częstochowy jest zagrywka. Myślę, że niewielu jest przyjmujących, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, którzy poradziliby sobie z takim serwisem - ocenia dla Reprezentacja.net swoich przyszłych rywali środkowy Skry Bełchatów i reprezentacji Polski, Daniel Pliński.

Reprezentacja.net:
Za kogo trzymał Pan kciuki we wczorajszym półfinale?


Daniel Pliński:
- Powiem szczerze, że w obu drużynach mam kolegów i było mi obojętne, kto awansuje do finału. Przede wszystkim cieszę się z tego, że mogliśmy oglądać fajny mecz i dobrą siatkówkę na wysokim poziomie.

Jak z pozycji zawodnika Skry Bełchatów ocenia Pan rywala, jakim jest AZS Częstochowa?

- Na pewno nie będzie to łatwy przeciwnik, ale nie może być inaczej w finale mistrzostw Polski. Nie ulega wątpliwości, że Częstochowa jest bardzo dobrą drużyną, która ma wiele atutów i będziemy musieli się bardzo starać w finale, żeby mieć szansę na pokonanie tego zespołu. Będziemy musieli zagrać na co najmniej takim poziomie, jak w ostatnim meczu w Olsztynie. Częstochowska drużyna to wymagający przeciwnik i żeby z nimi wygrać trzeba będzie się wznieść na wyżyny swoich umiejętności.

Co może być kluczem do zwycięstwa z tak doskonale dysponowaną Częstochową?

- Nie ma wątpliwości, że największym atutem tej drużyny jest zagrywka. Na tym elemencie bazują, robią to zresztą bardzo dobrze i, co najważniejsze, regularnie. Mają też zawodników, którzy zagrywają dobrze i bardzo mocno tak, jak Marcin Wika, Robert Szczerbaniuk, Krzysiek Gierczyński i Brook Bilings. Przede wszystkim ta pierwsza dwójka bryluje w tym elemencie, ale pozostali również świetnie się spisują. Kolejnym atutem drużyny jest duet Woicki – Wika, którzy są bardzo ważnymi ogniwami zespołu z Częstochowy.

Myśli Pan już o pierwszym finałowym pojedynku?

- Oczywiście, że tak. Czekamy już na te finały, bo jest to niesamowite wydarzenie nie tylko dla Bełchatowa, ale i dla całej polskiej siatkówki. Poziom ligi jest bardzo wysoki i wyrównany. Zapowiada się emocjonująca walka do końca.

Po raz pierwszy od dwóch lat Skra nie zagra w finale z Jastrzębiem. To chyba dodatkowo wzmaga przedfinałowe emocje.

- Ja akurat przez te dwa lata grałem w Jastrzębiu (śmiech). Teraz jednak jestem w Skrze i z tego się cieszę, jak również z tego, że zagramy w finale. Nie wybieraliśmy przeciwnika. Cieszymy się, że nam udało się awansować do finału, ale mamy wymagającego rywala, więc teraz trzeba się skoncentrować.

Co zadecydowało o porażce Jastrzębskiego Węgla? Błędy w przyjęciu?

- Nie nazwałbym tego błędami, a raczej skutkiem doskonałej zagrywki Częstochowy. Myślę, że niewielu jest przyjmujących nie tylko w Polsce, ale i na świecie, którzy poradziliby sobie z takim serwisem, a na pewno nie przyjęliby tego dokładnie, raczej w górę, nad siebie. Trzeba to podkreślać, że częstochowianie zagrali dziś bardzo konsekwentnie zagrywką. Trzech zawodników właściwie cały czas podejmowało spore ryzyko w tym elemencie, co przynosiło spodziewane efekty. Jeśli miałbym na siłę szukać jakieś słabej strony zespołu z Częstochowy to chyba wskazałbym na blok. Jastrzębie dziś zdecydowanie lepiej punktowało blokiem.

Czy zgodzi się Pan z tezą, że w zespole z Jastrzębia zabrakło lidera? Ani Murek, ani Prygiel nie zdołali poprowadzić drużyny do zwycięstwa.

- Na pewno miały na to wpływ założenia taktyczne. Nie byłem na odprawie przedmeczowej w Jastrzębiu, więc trudno mi ocenić jakie zadania dostali rozgrywający. Niewątpliwie Częstochowa była dziś lepsza, choć Jastrzębski Węgiel to bardzo dobra drużyna.