Data dodania: 13.09.2010, źródło: Przegląd Sportowy
-
Powiedziałem trenerowi Castellaniemu, że nie zamierzam żegnać się z drużyną
narodową i w przyszłym roku stawię się na zgrupowaniu, jeśli tylko trener zechce
mnie powołać - mówi "Przeglądowi Sportowemu" Daniel Pliński, środkowy
reprezentacji Polski.
Często pan powtarza, że siatkówka jest kochana i wredna zarazem. Tym razem
pokazuje to gorsze oblicze, bo z powodu kontuzji barku nie pojedzie pan na
mistrzostwa świata do Włoch.
- Zabrakło mi dwóch, może trzech tygodni, żeby zacząć normalnie trenować i
uzyskać odpowiednią formę na mundial. Niestety podczas pobytu w Brazylii ból
barku był zbyt wielki, nie mogłem grać w meczach przeciwko mistrzom świata i
musiałem powiedzieć "pas".
Kto podjął decyzję o tym, że nie pojedzie pan do Italii, pan czy trener
Daniel Castellani?
- Trener do końca wierzył, że wygram walkę czasem. Powiedział, że będzie
zwlekał z podjęciem decyzji nawet do 20 września. Jestem za to bardzo wdzięczny
Castellaniemu i drugiemu trenerowi Krzysztofowi Stelmachowi, bo pokazali, jak
bardzo im na mnie zależy. Dali mi bardzo duży kredyt zaufania. Uznałem jednak,
że nie ma sensu czekać. Nie byłbym w stanie dobrze przygotować się do
mistrzostw, a nie chciałem jechać na mundial w roli turysty. Nie chciałem
blokować miejsca zdrowym chłopakom. Patrykowi Czarnowskiemu będzie teraz łatwiej
przygotowywać sie do mistrzostw, bo wie, że na pewno pojedzie do Włoch.
Powiedział pan kiedyś: "Nawet jeśli będę bez nogi, a dostane powołanie, na
pewno przyjadę na zgrupowanie reprezentacji Polski"...
- ...i dotrzymałem słowa. Stawiłem się na zgrupowaniu mimo kontuzji barku,
niespełna dwa tygodnie po zastrzyku z hormonem wzrostu. Niestety, przegrałem z
kontuzją.
W kraju zostaje kilku świetnych siatkarzy, oprócz pana m.in. Sebastian
Świderski, Jakub Jarosz, Łukasz Żygadło, czy dwaj środkowi, którzy w 2006 roku
zdobywali z panem wicemistrzostwo świata: Łukasz Kadziewicz i Wojciech Grzyb.
Można z tego stworzyć mocną "kapelę".
- To świadczy o tym, jak silna jest polska siatkówka. Na mojej pozycji
rzeczywiście przez cztery lata dokonała się mała rewolucja. Żaden z wicemistrzów
świata nie pojedzie na kolejny mundial.
Ci, którzy pojadą: Marcin Możdżonek, Piotr Nowakowski i Patryk Czarnowski
dadzą sobie radę?
- Umiejętności mają duże. Gorzej z doświadczeniem. O Marcina jestem
spokojny, bo grał już w kilku ważnych imprezach. Dla Piotrka i Patryka występy w
tak dużym turnieju to nowe wyzwanie. Trzymam za nich kciuki. Są w dobrej formie.
Lubi pan hazard. Obstawiłby pan w zakładach bukmacherskim medal
reprezentacji Polski w mistrzostwach świata?
- Mam zasadę, że siatkówki nie obstawiam. Ale wierzę w medal naszego
zespołu. Gdybym miał oceniać tylko elementy taktyczno-techniczne, byłbym
spokojny o wynik chłopaków w Italii. Ale oprócz umiejętności, będą potrzebowali
dużo szczęścia i zdrowia. Przy tym zwariowanym systemie rozgrywek jeden
przegrany mecz w trzeciej fazie turnieju może pozbawić szans na medal. Szansę na
podium ma osiem, może nawet dziewięć zespołów. Konkurencja jest ogromna.
Ostatnie wyniki reprezentacji Polski nie napawają optymizmem. Słaba Liga
Światowa, trzecie miejsce w Memoriale Wagnera, cztery przegrane z Brazylią w
pięciu konfrontacjach. Nie ma powodów do niepokoju dwa tygodnie przed mundialem?
- Zapewniam, że na treningach wygląda to wszystko lepiej niż podczas
meczów. Chłopaki ciężko pracują i jestem przekonany, że efekty będą widoczne we
Włoszech. Obecna reprezentacja personalnie i pod względem umiejętności jest
najmocniejsza od wielu, wielu lat. Trener mógł wybierać niemal ze wszystkich
zawodników, których chciał mieć. Jesteśmy wicemistrzami świata i mistrzami
Europy. Jesteśmy mocni.
Co pan teraz będzie robił?
- Odpocznę dwa dni, a potem będę trenował indywidualnie według
zaleceń trenera Jacka Nawrockiego. W Bełchatowie stawię się 20 września. Mam nadzieję, że bark nie
będzie mnie już bolał i zacznę normalne treningi.
Zawsze dbał pan w kadrze o dobrą atmosferę. Kto zastąpi Plińskiego w roli
dobrego ducha drużyny?
- Jest jeszcze Michał Winiarski, pierwszy żartowniś kadry, jest Michał
Bąkiewicz. Ze mnie był ostatnio marny pożytek. Chodziłem smutny, przybity całą
sytuacją. Robiłem dobrą minę do złej gry, ale byłem zdołowany.
Z Bąkiewiczem podczas zgrupowań zwykle mieszkacie w jednym pokoju. W
Brazylii obaj walczyliście o wyjazd do Włoch. On rzutem na taśmę załapał się do
składu na mundial.
- Właśnie wróciliśmy z Kurytyby po 25-godzinnej morderczej podróży i z
Okęcia jechałem taksówką z "Bąkiem". Na pożegnanie powiedziałem mu, że ma godnie
reprezentować na mundialu nasz pokój. Dobrze, że chociaż on będzie na
mistrzostwach. W ostatnim meczu z Brazylią udowodnił, że zasługuje na ten
wyjazd. Był najlepszy na boisku, spisał się świetnie.
Ma pan już 32 lata. Mecz z Brazylią w Kurytybie był pana ostatnim w
reprezentacji?
- Ależ skąd! Powiedziałem trenerowi Castellaniemu, że nie zamierzam żegnać
się z drużyną narodową i w przyszłym roku stawię się na zgrupowaniu, jeśli tylko
trener zechce mnie powołać. Może się zdarzyć, że chłopaki zdobędą we Włoszech
złoty medal i nie wiadomo czy będę wystarczająco dobry, żeby grać w zespole
mistrzów świata. Ale nawet wtedy się nie poddam. Nie mówię żegnam, mówię do
widzenia.