Data dodania: 19.01.2009, źródło: inf. własna (DorotaM)
O
Meczu Gwiazd usłyszałam dość wcześnie, żeby się zastanowić nad kwestią
oglądania go na własne oczy. W sumie nieplanowany wydatek w budżecie dałoby
radę podciągnąć pod kategorię „prezent urodzinowy”, bo co to w sumie 10
dni… Mogę przecież sama sobie kupić prezent wcześniej, prawda? Prawda. No
kto jak kto, ale taki mistrz argumentów, jak ja, z łatwością poradził sobie
z tak uległym materiałem, jak ja. Dałam się namówić. Godzinne
studiowanie rozkładu miejsc na e-bilet.pl, wnikliwe analizy dostępnego
materiału wideo pod kątem publiki zaowocowało wyborem miejsca. Chciałam się
wstrzelić równo za kwadrat. Tak powiedzmy w rożek, żeby mi te długie drągi
nie zasłaniały boiska za bardzo, ale żeby mieć oko na ich radosne
hebefrenie, których się spodziewałam. Wykorzystując do obliczeń całki i
liczby urojone, a także rachunek prawdopodobieństwa, wytypowałam konkretny
kwadracik na e-bilet. Strzał zaowocował linkiem do strony z moim prywatnym
biletem. Zapisałam starannie, acz podejrzliwie. Wydrukowałam w pracy –
największy bilet, jaki w życiu posiadałam – formatu A4. Poskładałam
elegancko, schowałam w miejscu, które na pewno zapamiętam i pozostało
czekanie. W tym mam dużą wprawę, więc poszło jak z płatka. W międzyczasie
rozpracowałam połączenia Szczecina z Warszawą, co pozwoliło mi zaoszczędzić
niemal połowę kasy na podróże. Zadowolona podwójnie, dożyłam sobotniego
poranka.
Podróż do Warszawy mignęła, nie wiadomo
kiedy, poszukiwania hali i próby dostania się do wnętrza też nie zajęły
wiele czasu. Oczekując na magiczną godzinę otwarcia drzwi, stałam sobie
podziwiając tępotę niektórych kibiców. Usiłowali mianowicie wjechać na
malutki parking przy hali. Doprawdy, czy to duża sztuka wpaść na pomysł, że
parking ten będzie zarezerwowany dla VIP-ów? Widać duża. Stojąc i
obserwując, niemal przeoczyłam naszego Michalsko-Anielskiego Falasca… Szedł
sobie bez ochrony po parkingu, wesoło machając dłonią w naszą stronę.
Kibice chyba nie uwierzyli, że to on, bo bez zaczepiania wszedł do środka.
Chwilę później stwierdziłam, że zmarzłam wystarczająco i też spróbowałam
wedrzeć się do środka. Dzięki mojej przyjaciółce, którą z tego miejsca
serdecznie pozdrawiam, miałam możliwość skorzystania z tego samego wejścia,
co rozgrywający drużyny zagraniczniaków. W wejściu grzecznym „cześć”
przywitał nas Misiek Bąkiewicz, rozmawiający przez fona. Pewnie mnie
pomylił z kimś, albo po prostu jest grzeczny ogólnie.
Zbliżając się do wydrukowanego na papierze
sektora, z niepokojem stwierdziłam, że rzeczywistość nieco się różni od
tej, którą mi przedstawiono w necie. Moje starannie wybrane miejsce ma
numerek o dziesięć mniejszy, niż to, co mam na wydruku. Znaczy się, albo
e-bilet rozciągnął warszawską halę, albo organizatorzy ją skurczyli, żeby
zrobić mi na złość. Na dodatek w odległości niecałych dwóch metrów
postawili mi głośniki, z których waliły dźwięki, jakby ktoś burzył mury
Jerycha. Normalnie odzież mi się ruszała za każdym razem, kiedy pan Magiera
przemawiał do publiki. Z obawą czekałam na muzyczkę, pewna, że nas
zdmuchnie z siedzeń.
Ludzie, wkurzając mnie do białego,
defilowali z jednej strony na drugą, skutecznie zasłaniając boisko. Furia
rosła. Nasi wyszli się rozgrzewać, zatem część publiki, co już grzecznie
siedziała na miejscach, runęła do band, w celu zdobycia na gwiazdach
trofeów. Co się który zawodnik za bardzo zbliżył do gawiedzi, natychmiast
wpadał w szpony rozemocjonowanych łowców. A to podpisik, a to zdjątko, a to
prezencik…Koledzy dzielnie ratowali bidoków, żeby choć na chwilę wrócili na
rozgrzewkę. Nasza najmłodsza stażem gwiazda, Paweł Zatorski, wydawała się
nieco spięta, ale też dość rozweselona. Rozumiem, strach przed profesurą.
Matura za chwilę, niejeden belfer może mieć pretensje, że młodzian zamiast
kuć „co poeta chciał powiedzieć” woli się bawić piłką z kumplami. Do
profesorskiego grona apeluję w imieniu kibiców siatkówki: wybaczcie, to w
szczytnym celu!
Po obu stronach siatki widać było radosne
rozluźnienie. Uśmiechy nie schodziły z twarzy, żartom i docinkom nie było
końca. Panowała atmosfera iście piknikowa.
Ogłoszono konkurs na gwoździa, wyjaśniając
przy okazji, co mniej kumatym, na czym ma polegać. Zawodnicy podeszli do
stanowisk i rozpoczęli demolowanie warszawskiej nawierzchni. Zibi B oraz
Maniek W postanowili przy okazji rozwalić miejscowym i sufit, co spotkało
się z zachwytem kibiców. Pewnie wszyscy byli przyjezdni i wykombinowali, że
jak dwaj nasi strzelcy rozwalą tę halę, to następny mecz im bliżej domów
zorganizują. Naiwniacy. Gwoździa zdobył Zibi, ku uciesze publiczności, ale
uczciwie mówiąc – wybór był naprawdę ciężki. Maniek deptał mu po piętach, a
i zagraniczni walili zdrowo.
Przed oczami rozgrywała mi się fajna
zabawa koszulkami. Panowie ściągali te ćwiczebne, żeby założyć meczowe, po
czym okazywało się, że jeszcze nie, nie gramy, więc ściągali meczowe,
zakładając ćwiczebne. Łukasz się wziął na sposób i pod ćwiczebną nałożył
meczową, odejmując sobie ze dwa strip teasy.
Kiedy wszyscy doszli do
ładu z odzieżą, rozpoczęto oficjalne uroczystości. Zgoniono zawodników do
wejścia, ustawiając im z przodu znane z kalendarza panienki z pomponami.
Panienki fikały nóziami, machały biało-czerwonym tworzywem sztucznym, a
panowie Gwiazdy przedzierali się na boisko. Uczciwie powiem, że publika
zdała egzamin, oklaskując zagranicznych gorąco. Skład – zgodny z
zamówieniem. Przyjechał nawet poszkodowany na palcu Samik, którego gorąco
pozdrawiam. Bardzo miło mi było, że się pofatygował, żebym go mogła
obejrzeć LIVE.
Nasi wbiegli przy znacznie
większym aplauzie publiki, co było oczywiście do przewidzenia, po czym
szóstki pojawiły się na boisku. I w tym momencie prawie trafił mnie szlag,
bo w miejsce jednego z moich dwóch ulubionych środkowych zobaczyłam Benka.
Mój stosunek do Benka jest dość znany, dlatego nie będę się dalej nad nim
rozwodziła. Oburzenie było pełne, bo nie po to klikałam na Daniela, żeby
patrzeć na kogo innego. Na dodatek głośnik robił swoje i nie słyszałam
własnych myśli. Nic. Obrzuciłam trenera Stelmacha pełnym goryczy
spojrzeniem, którego był uprzejmy nie dostrzec i wróciłam do meczu. Panowie
w ramach powitań wykopsali w trybuny zestaw piłek, jak zwykle celując
głównie w jednym kierunku. Wyłamał się Paweł Zagumny, puszczając piłkę na
naszą ścianę, ale za daleko ode mnie. Nie zaryzykowałam kalectwa. Pincet
takich mogę mieć. Chyba.
Początkowo widziałam
głównie plecy Pawła Papke, który jako jedyny zajął miejsce w kwadracie, na
szczęście chyba zdrętwiały mu nogi, bo sobie zaraz poszedł. Odsłoniło mi to
kawałek boiska, gdzie szaleli nasi panowie. Muszę przyznać, że bawili się
świetnie, a Paweł Zatorski wyrabiał sobie markę na przyszłość. Dla niego
ten mecz był debiutem w składzie Gwiazd, ale według mnie, zdał egzamin na
piątkę. Zaprezentował to, co lubię najbardziej, czyli walkę o każdą piłkę,
przyjmując naprawdę niełatwe zagrania naszych rodzimych inostrańców. To
dobrze, że mamy w zapasie takiego walczaka, bo potrafi poradzić sobie nie
tylko z piłkami, ale także z tremą.
Zabawa trwała. Panowie
grali ręcyma i nogami, Maniek zapodał kilka widowiskowych obron, Murek z
Kadziem bez oszczędzania rzucali się szczupakami na ziemię, michy cieszyły
się wszystkim. Jak się okazało, w tym secie zagranicznym bardziej, bo to
oni wygrali. W przerwie rozpoczęto licytowanie odzieży naszych
najulubieńszych. Na pierwszy ogień poszła koszula Daniela Plińskiego.
Dobrze, że licytujący panowie siedzieli dość daleko, bo krew by się chyba
polała. W każdym razie odzież naszego gospodarza poszła za 1800 polskich
złotych. Ciekawe, za ile pan Magiera opchnąłby skarpety? I czy jako
komplet, czy każdą oddzielnie? Daniel bardzo się cieszył, że tak wysoka
jest wartość tego, co ma w szafie, co nie dziwi w dobie kryzysu. Pan z
kamerą zachwycił się naturalną radością naszego gospodarza i tak się
zaangażował w jej pokazywanie telewidzom, że sędzia go niemal siłą zwlekał
z boiska. Koszulkę Pawła Zagumnego kupiono za 1600, ale pewnie dlatego, że
się panu forsa w portfelu skończyła. I tak podziwiam, ja dysponowałam kwotą
50 zł… Odzieży Łukasza nie zlicytowano, mecz skończył się wcześniej, niż
było planowane. Podobno będzie do kupienia na stronach gdzieś. Chyba PZPS-u…
Nie słuchałam, nie dysponuję gotówką pozwalającą na zakupy w TYM sklepie.
W drugim secie, malowniczo
rozbawione, pojawiło się przede mną senne marzenie stomatologów – Jaśko
Fińczyk… Pokazując w szerokim uśmiechu nie tylko olśniewające uzębienie,
ale także niemal migdałki, czarował naszą część publiki. Ponieważ nieco
zdechnięte było liczenie do trzech naszym zagranicznym Gwiazdom,
organizatorzy postanowili pomóc publice. Podzielili role, co od razu
wzmogło hałas, aczkolwiek ciągle się myliło, czy to baby mają odliczać, czy
facety. Dokonano stosownych zmian i na boisku pojawili się do tej pory
siedzący na ławkach, w tym wyczekany Danilo. Sędziowie nie chcieli
współpracować, więc nasz hiroł postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i pomóc
nieco drużynie. Nie wiem, w jaki sposób, bo mi zasłaniali zawodnicy i
trenerzy, ale zwolnił liniowego z obowiązków, przejmując chorągiewkę.
Niestety, bez efektu, bo pierwszy sędzia nie współpracował. Łobuz. Pan
Magiera też zauważył, że z jego strony widać zupełnie, co innego, niż
sędzia stwierdzał. Szło nam różnie. Marko Samardzic rozszalał się po
drugiej stronie zupełnie nieumiarkowanie, atakując z drugiej linii. Łukasz
próbował odwrócić uwagę klubowego kumpla, wsiadając mu na plecy, ale Serb
nie specjalnie się przejął. Mimo pełnego zaangażowania naszych, których w
pewnym momencie na boisku było siedmiu, nic się nie dało zrobić. Sędziowie
potraktowali nas po macoszemu, każąc natychmiast zabrać wspomaganie. Nic
dziwnego zatem, że drugiego seta przerżnęliśmy bardziej, niż pierwszego, a
polskie Gwiazdy wróciły w zasięg mojego wzroku.Miałam jeszcze nadzieję, że
zagranicznym wstyd będzie tak rozwalić nas do zera, ale mimo starań, naszym
nie udało się dogonić przeciwników. Wspieranie zdalaczynne uprawiali mi pod
nosem Marcin Wika, Dawid Murek i Maniek Wlazły, bijąc pokłony do ziemi po
każdym zdobytym przez Michała Bąkiewicza punkcie. Michał dzielnie się
trzymał, reperował nasze konto, jak ja dziury w domowym budżecie, ale nie
udało się dogonić zagraniczniaków. Dostaliśmy w tyłek boleśnie, trzy do
zera.
W zakończenie imprezy
wdarło się nieco chaosu, bo wszyscy chcieli wszystko. Zawodnicy chcieli
podziękować sobie, przeciwnikom, publiczności, publiczność chciała
dokończyć zbieranie trofeów, organizatorzy chcieli rozdać, co mieli do
rozdania i rozgonić publikę do domów, telewizornia chciała wywiadów…
Istniała obawa, że się obecni rozszarpią na sztuki. Na szczęście jakoś
naturalnie pohamowali swoje żądze i powolutku uzgodniono, jak będzie
wyglądała kolejność wydarzeń. Wręczono pamiątkowe kulki, podziękowano sobie
nawzajem, nam, organizatorom i każdemu, kto tam się nawinął. MVP meczu
został Terence Martin, który niewątpliwie podbił serca kibiców swoimi
nietuzinkowymi zagraniami i wesołą naturą.
Korzystając z okazji,
przecisnęłam się bliżej Gwiazd, wsłuchując w zestawy pytań dziennikarskich.
Rozwalił mnie pan krzyczący za Marcinem Wiką „panie Mariuszu”. Nieco czasu
minęło, zanim się Marcin zorientował, że to do niego wołają. Wywiady,
autografy, zamieszanie… I wszędzie dokoła rozbawione twarze. Uśmiechy od
ucha do ucha, błyszczące wesoło oczy. Fajna zabawa. Obserwując od wejścia
na halę Łukasza Kadziewicza doszłam do wniosku, że wreszcie przestaną się
go czepiać kibice, bo od początku do końca był dostępny dla wszystkich
chętnych ze wszystkich stron bandy. W czasie rozgrzewki, w czasie meczu, po
meczu, po wyjściu z szatni…
Już w pociągu doszły mnie
wieści, że całej kupie luda mecz się nie podobał. Dotarłam do domu i
przeczytałam komentarze w internecie. Polska reprezentacja się skończyła.
Nie ma nadziei na wygrywanie forever and ever. Daliśmy ciała jak
przedszkolaki. Wstyd na całą Europę. Czemu trenerzy nie robili zmian, skoro
ten czy inny się nie sprawdzał? Patrzę w ten ekran i oczom nie wierzę.
Ludzie! To zabawa miała być! Dostaliśmy w tyłek, ok., szkoda. Ale żeby
tragedia? Wszyscy podeszli do meczu na luzie, z wyjątkiem sporej grupy
kibiców. Po meczu Północ-Południe podniosły się głosy, że zabawy nie było,
że na serio taki ten mecz wyszedł, że nie wszystkie zawodniczki miały
okazję się pokazać, że to przecież nie mecz na śmierć i życie… Teraz była
zabawa, wszyscy pograli, nie było wypruwania sobie flaków – też źle. Środek
sezonu, bardzo nieszczęśliwego, jeśli chodzi o ilość kontuzji w klubach,
część zawodników świeżo odkurowanych, ale nie. Mają się pozabijać w walce o
nic. Bo kibic najlepszy na świecie - we wszystkim jest naj. Także najlepszy
w marudzeniu. Może to kwestia natury, ale jako wielka optymistka, z meczu
Gwiazd jestem bardzo zadowolona. Uśmiechnięte twarze ulubieńców są dla mnie
więcej warte niż setki literek wstukanych w neta przez malkontentów.
Panowie – dziękuję. Także tym, którzy nie rozumieją po polsku. Jedenaście
godzin w pociągu i kilka dodatkowych tułania się po Warszawie, to naprawdę
niewysoka cena za te kilka godzin dobrej zabawy z Wami.
Słowniczek wyrazów pomocniczych dla inteligentnych
inaczej:
Boisko – pomarańczowy prostokącik 18x9,
podzielony siatką, co by się sędziemu drużyny nie mieszały.
Hebefrenie - to, co wyprawiają zawodnicy w
kwadracie, kiedy myślą, że nikt ich nie widzi, zwłaszcza telewizornia (dla
psychiatrów - całkowita dezorganizacja psychiczna).
Hiroł - Daniel Pliński w akcji, w firmach
zagramanicznych zwykle Dżejms Bond lub inny przerośnięty nietoperz o
nietypowych zdolnościach.
Inostraniec – (z języka niektórym nie bardzo
obcego) gość, który do Polski przyjechał na kontrakt albo przypadkowo
zabłądził w lesie (zwykle w okolicach Bieszczadów).
Piłka – nadmuchany świński pęcherz, który
dwunastu chłopa przerzuca nad siatką; może być obszyty kolorowymi
szmatkami, żeby się nikt nie brzydził. Pincet – słowny zapis cyfry 500 w wersji dla
nonszalanckich arystokratów.