Data dodania: 10.11.2008, źródło: inf. własna (DorotaM)
Bełchatów
09.11.2008
Zaproszono mnie na obiad. W dobie
kryzysu nie ma co marudzić, trzeba iść, jak dają, zatem zapakowałam familię
i udałam się do mamusi. Miałam nadzieję, że obiadek szybko się skończy, a
ja, korzystając z dobrodziejstwa 42 calowego Sharpa, obejrzę spokojnie
meczyk. Jasne. Obejrzę. Czemu nie. Meczyk? Jak najbardziej, ale spokojnie??
Nie w tym pomieszczeniu!
Mamusia, chcąc być dobrym rodzicem, postanowiła
zainteresować się ulubioną dyscypliną sportu dziecka. To już było
niedobrze. Ale kiedy miejsce w fotelu zajęła jeszcze babcia, powinnam
zwiewać z prędkością światła. Niestety, instynkt, uśpiony obiadem, nie
zadziałał.
- W co oni będą grać? – zainteresowała się mama,
mieszając w filiżance z kawą.- W dwa ognie?
- W siatkówkę mamo – wyjaśniłam uprzejmie.
- To jakaś nowa odmiana? Bo widzę, że matki są…
Spojrzałam uważniej w telewizor. 42 cale stwarzały
duże możliwości.
- Jakie matki? – popatrzyłam podejrzliwie na swoją. –
Oni tam sami grają. Dorośli są, mogą bez matek.
- No jak? Matkę widzę! Taki z drużyny przeciwnej, co
przeszkadza. Zobacz, jest ubrany inaczej, żeby się wyróżniał. Tylko za
moich czasów matka stała za linią…
Jezu… Już wiedziałam, że ten mecz nie będzie normalny.
- Mamo, to libero, nie żadna matka. On jest w ich
drużynie, a nie w przeciwnej!
- To czemu ma inne gacie? Mógł pożyczyć od tego, co
tam z tyłu stoi! Tamten nie gra, a ten gra! To wstyd, żeby taka łatanina
odzieżowa była, kiedy takie pieniądze zarabiają.
Przejechałam dłońmi przez całą twarz. Jak komuś, kto
nie odróżnia piłki plażowej od tenisowej wyjaśnić zasadę działania libero?
- Teraz będą hymny grać – wtrąciła się ze znawstwem
babcia, okrywając nogi kocykiem.
No tak. Zapomniałam, że babcia z wielkim
zaangażowaniem, w wieku 85 lat, rozpoczęła oglądanie kopaniny. Przy okazji
Mistrzostw Europy 2008 coś niecoś złapała.
- Babciu, nie będą grać hymnów, bo to wszystko polska
liga jest.
- No i bardzo źle! Polski hymn mogli zagrać dwa razy,
mało kto zna tekst, to by się poduczyli – babcia podsumowała surowo.
Zamiast hymnów zagrali
„Pszczółkę Maję”, co skutecznie zamknęło osłupiałej babci usta. Ale czym
zatkać mamusię?? Na szczęście, przynajmniej ze względów odzieżowych,
kibicowałyśmy jednej drużynie. Stroje Ptoków wydatnie nie przypadły jej do
gustu. Stwierdziła, że jakieś takie sprane są. Starałam się nie odzywać za
dużo, bo to prowokowało długie dysputy i wyrywało mnie z meczowego
nastroju. Przez moment pokazali skrzakowego Stefka z dzidziolem, co
wywołało zachwyty mamusi. Skra grała nieźle. Może nie tak, jak bym chciała,
ale nieźle. Kilka razy mignął mi mój ulubieniec w Skrze, Daniel Pliński.
Obecnie we fryzurze a’la Gniewko syn Rybaka, którą oczywiście skrytykowała
babcia. Jak można mieć takie włosy, że oczy zasłaniają?! Nie wyjaśniałam,
że Daniel może dla mnie posiadać warkocze do pasa i to w kolorze jadowitego
fioletu, tak czy siak będę go lubiła najbardziej. Zaczęłam się
zastanawiać, czy zdążyłabym obejrzeć, choć kawałek meczu, jeśli bym się
natychmiast zwinęła i pojechała do siebie. Zwykłą grę umiliło nam zepsucie
się sygnału obwieszczającego koniec przerwy technicznej, połączone z awarią
tablicy świetlnej. Oba te doniosłe fakty oburzyły moje debiutantki,
aczkolwiek gdyby nie komentatorzy, nie zwróciłyby uwagi, że coś takiego jak
tablica istnieje. Babcia podejrzliwie mnie spytała, czy to aby prawda, że
to Polacy grają, bo jakby nie po polsku ten okularnik do nich gada.
Wyjaśniłam, że ten, co gada, to Włoch, a ma obok siebie dwóch Australianów,
jednego Brazyliana i jednego Franca, więc musi gadać po ichniemu. Zaparłam
się też zadnimi łapami, że nigdy nie twierdziłam, że to Polacy grają!
Mówiłam tylko, że to polska liga!
- W tych żółtych też nie ma Polaków? – mamusia była
zdegustowana.
- Są. W obu są…
- Ten rozczochrany to Polak?
- Tam sporo rozczochranych – osłabiła mnie.
- Ten najbardziej rozczochrany – sprecyzowała.
Kurde… To dalej dość subiektywne odczucie.
- No ten o! – mama dziabnęła palcem w poprawiającego
koafiurę Dawida Murka.
- Tak, to Polak – jęknęłam.
Skra zdobyła punkt i wszyscy uściskali się
tradycyjnie.
- Oni zduszą tego małego! – zaniepokoiła się babcia o
życie Gacka.
- Nie zduszą, poradzi sobie – osłabienie zaczynało
przegrywać z furią.
- O ten chłopiec to ładny – skwitowała babcia
pojawienie się na boisku Michała Bąkiewicza.
- Pół Polski też tak uważa…
Zacisnęłam zęby i wytrzymałam do końca bez słowa. Nie
odezwałam się w temacie nowej fryzury Igora Yudina, dziwacznego zarostu
Samicy, starając się skupić jednak na grze. Pierwszy set zakończył się po
mojej myśli, na dodatek mamusia ruszyła po ciasto. Była szansa na ciszę
przynajmniej przez kawałek drugiego seta. Początek był obiecujący. Cisza
przed ekranem i dwa śliczne bloczki, do których przyłożyli się kolejno -
Daniel, Falasek i Bartek – do pierwszego, oraz Daniel z Falaskiem - do
drugiego… Balsam na mą duszę. Potem coś się popsuło jakby bardziej w grze
Skry, komentatorzy rozpoczęli dyskusję nad kontrowersyjnymi paluszkami
Daniela, a żeby mnie jeszcze dobić – skończyło się ciasto. Tragiczne to
wydarzenie miało miejsce akurat, jak pokazali wycierającego nos w rękaw
Roberta Prygla. Wyjaśnienia, że facet jest spocony, a nie ma czasu na
gmeranie po zakamarkach odzieży i szukanie chustki do nosa, nie zostały
zaakceptowane. Nieeleganckie i już.
Gra nam siadała, więc
puszczałam mimo uszu brzęczenie starszyzny. Żeby tylko nie wydać
niecenzuralnego okrzyku! Dawida nie było w przyjęciu, tak prawdę
powiedziawszy, to to przyjęcie Skry ogólnie gdzieś się zapodziało.
Ostrzeliwany serwami Bartek radził sobie z piłką tak, jak ja z tłumaczeniem
mamie zasad gry. Sytuację poprawił nieco Michał Bąkiewicz, ale Falasek
dalej nie mógł za bardzo pograć środkiem. Ptoki przeciwnie. Na szczęście
Danielowi udawało się czasem wrzucić piłkę Jastrząbiom pod nogi. Patrzyłam
z niezadowoleniem, jak kolejny raz górnicy pokazują, że mają patent na
elektryków. Danielowi też się to nie spodobało, bo po nieudanej akcji
próbował rozwalić głową postument sędziego. Na szczęście postument okryty
był amortyzatorem i sędziemu nic się nie stało. Danillo też przeżył. Gdyby
zaatakował słup nogą, mógłby się kontuzjować a jako bonus – „pałuczyć”
żółtą kartkę. Atak z dyńki został potraktowany jako akt desperacji, a nie
zamach na boiskową władzę i mu się upiekło. Denerwował mnie Nowik, który
cały czas broił zagrywką, przewijając punkty na koncie Jastrzębia niczym
licznik paliwa, kiedy tankuję na stacji. Rachunek za jedno i drugie nie
zyskał mojej aprobaty. Skrzaki próbowały się nie dawać. Babcia przysnęła,
ale mama ciągle była na chodzie.
Kiedy trzeci set zaczął się
zaciemnieniem, poczułam, że okoliczności wyraźnie dają mi do zrozumienia,
że powinnam się ewakuować. Obraz wrócił po dłuższej chwili i mogłam się
delektować grą. Tak właściwie mogłabym się delektować, gdyby ta gra była,
natomiast to Ptoki grały. Nie przejmując się zbytnio tym, że po pierwsze
primo – są w gościach i wypadałoby się zachowywać grzecznie, a nie
bezlitośnie tłuc w gospodarza, po drugie primo – grają z mistrzem Polski i
szacun się należy, po trzecie – ja chcę, żeby Skra wygrała, a powinnam
zostać wynagrodzona za traumę pierwszych dwóch setów oglądanych w gronie
rodzinnym. Do połowy trzeciego seta wytrwałam skamieniała, a kiedy ostatnia
piłka dotknęła podłogi, sprintem odziałam się, spakowałam klamoty i
rzucając ogólnospołeczne „dowidzenia”, poprułam do domu. Jeśli to ma
być porażka, to chcę ją oglądać w spokoju. Babcia z mamusią zapałały taką
miłością do siatkówki, że obawiałam się, iż w trakcie dalszych rozmów
wyniknie konieczność zabrania ich kiedyś na mecz. Przygłucha babcia nie
stanowiłaby problemu, ale kochająca ciszę matka ani chybi wytrwałaby
sąsiadowi na trybunach trąbkę i okładała nią wszystkich, którzy mieliby
pecha usiąść w pobliżu.
Cross przez Szczecin trochę trwał, a
obecna na meczu przyjaciółka wysyłała mi sms-y. W połowie ulicy Mickiewicza
mało nie zeszłam, patrząc na rezultaty, ale że tam nie można nigdzie
stanąć, musiałam szybko dojść do siebie. Już na Słowackiego wieści były
bardzo optymistyczne – Skra goniła ostro. Na błocie pod domem, szumnie
zwanym parkingiem, Skra uratowała przynajmniej jeden punkt. Jeszcze przed
tie breakiem musiałam wylecieć z psem. Zwierz sikał i sikał, jakby co
najmniej miał w planach spłukanie osiedla do Odry. Z ostrą zadyszką wpadłam
wreszcie do mieszkania, rozkulbaczyłam zwierzę, wyłączyłam telefony,
zamknęłam drzwi, zasunęłam rolety i mogłam w ciszy i spokoju delektować się
meczem. Niestety, Ptoki nie chciały mi się podlizać. Wypstryknęły się do
przodu o 4 punkty, odbierając mi nieco nadzieję. Wprawdzie „piłka jest
okrągła, a bramki są dwie”, ale kurde, odrobić takie straty w tie breaku??
Zaciśnięte kciuki nie pomogły, mecz Skrzaki przerżnęły. Pełna pretensji do
świata, rodziny, Skry, a najbardziej do Ptoków, które naraziły mi się nie
pierwszy raz, złożyłam uroczystą obietnicę: żebym nawet miała przemienić
cały mój dom w sarkofag pełen hinduskich szkieletów, żadnych więcej
obiadków przy meczach. Nigdy. I nigdzie.