Data dodania: 23.09.2009, źródło: inf. własna (DorotaM)
Turecki
bazar, czyli jak nietoperz zatruł się gumą gruszkową
Jestem wredna. Jestem też nieobiektywna do bólu. I mam swoich ulubieńców
oraz tych wprost przeciwnie. Zarzucono mi, że krzywdzę jednego z zawodników
swoim do niego nastawieniem, dlatego postanowiłam zweryfikować swoją
postawę przy okazji najbliższego meczu. Ponieważ rok szkolny się rozpoczął
i szkoły wpadły na pomysł, żeby zebrania robić, nie mogłam oglądać meczu
bezpośrednio. Ustawiłam zatem mój cud techniki i nagrałam sobie wszystko.
Włącznie ze studiem wyborczym. Znaczy pardon, ze studiem przedmeczowym.
Odwaliwszy rodzicielskie obowiązki wróciłam do domu. Starannie unikając
wszelkich informacji o wyniku meczu wygoniłam wszystko co żywe z pokoju,
rozsiadłam się wygodnie na kanapie i użyłam pilotów.
Już na
starcie zdrzaźnił mnie pierwszy „ulubieniec”, Mielewski. Starannie
przytoczył statystyki Kuby Jarosza, innym jakby mniej ekspresywnie
wyciągając osiągnięcia. Nic nie mam do Kuby, aczkolwiek im bardziej pieją w
studio, tym bardziej mnie od niego odrzuca. Powinien własnego ojca podać do
sądu, bo mu bardzo szkodzi na wizerunek. Usłyszałam, jak ubolewał tato
Jarosz, że nikt nie powiedział jego synowi, kiedy wyszedł na zagrywkę w
końcówce meczu, że powinien wykonywać pewny serw. Normalnie obciach. To
gracz super-zespołu, polski reprezentant, nie ma pojęcia, że koniec seta to
ważny moment i trzeba serwować pewnie?! Przypomniała mi się sytuacja, kiedy
we wczesnej młodości przyszłam po zeszyty do kumpla z klasy, a jego matka
wywlokła pracowicie ukryte pod kanapą brudne gacie i skarpety. Tylko kumpel
przy tym był, a Kubie tato robi wstyd zaocznie. Jeden Mazur tam poziom
trzymał, ale to mi za mało było i wyszłam wstawić obiad, żeby mnie cholera
nie wzięła od razu.
Wróciłam, to
już prezentowali zespoły. Nieodmiennie bawi mnie zestawienie naszych w tym
Izmirze. Guma w nich nie ma nazwiska, a Misiek, Mamut i Zibi za to nie
posiadają imion. Nic dziwnego, że na jednym z forum nabijając się ze
słabszej gry Gumowego napisali, że jeśli do tego Pawła dołączy nasz Zagumny,
to wtedy będziemy super grali. Jakieś dziwne te mistrzostwa. Nie znają
zawodników, zamiast hymnów mamy reklamę proszku przeciwłupieżowego i
szamponu do prania, realizator pokazuje baby na trybunach, zamiast meczu...
Z
filozoficznych rozważań wyrwał mnie Swędrowski stwierdzeniem: „Kto by
przypuszczał, że mecz z Hiszpanią będzie tak zacięty...” Nie wiem, czy się
przyznawać, ale ja się spodziewałam. Jakoś tak mi się wydawało, że
Hiszpanie to jednak dobry zespół. Widać zupełnie się nie znam.
Mecz się
rozpoczął. Ponieważ od początku postawiłam sobie zadanie pilnowania jednego
zawodnika, przeoczyłam początek. Poza jednym przyjęciem na trzeci metr,
które wyłapałam mimo usilnych starań realizatorów, żeby jednak kibice nic
nie zobaczyli, jego aktywność w moich oczach ograniczała się do nerwowego
przebierania nogami. Z notatek wynika, że graliśmy początek punkt za punkt.
Potem mam takie:
Daniel z Bartkiem pikny
bloczek.
Gackowi wrzucili na łapy, ale
nie obronił.
Gacek perfekcyjne przyjęcie na
6 metr.
Mamut nie zaskoczył w bloku.
Gacek zdemolował dekoracje, ale
nie obronił (8-9)
Tu coś przegapiłam, bo potem
mam tylko, że Mamut znów nie zauważył, że nam wrzucają piłkę (9-10). Potem
Gacek zaś w obronie nie zaskoczył (10-10).
Nie będę tu
punktować wszystkiego, co mu nie wyszło, bo faceta psychicznie wykończę,
ale szaleństwa tam nie było, jeśli chodzi o jego popisy. W pewnym momencie
zdałam sobie sprawę, że tak się na niego zagapiam, że umyka mi reszta. I
gdyby nie to, że widziałam, że to mecz, to bym pomyślała, że w warzywniaku
jestem. Gruszka i Gruszka. :) Góral nasz kochany tyłek nam ratował
nieustannie. Bardzo się cieszę, że mu tak idzie, bo niektóre wredne marudy
już by go do geriatryka odesłały, a to przecież nasza Ostatnia Deska
Ratunku (ODR).
Realizatorowi tak się w pewnym momencie nasz Danillo spodobał, że aż
przegapił zagrywkę Słowaków. Też se looknęłam przy okazji, bo też i
fryzurą, jak zwykle, ulubieniec nasz imponuje. Na szczęście nie zdemolował
sobie głowy, jak jeden Bułgar, co wygląda, jakby się fryzjerowi ciężko
naraził.
Kiedy przy
stanie (8-10) Swędrowski stwierdził, że pewnie zmierzamy do zwycięstwa,
wiedziałam, że tego seta przerżniemy. Tak już niestety jest, że nie tylko
mnie denerwują komentatorzy. Los nieustannie daje im popalić, kiedy walną
jakimś tekstem pt. już wygraliśmy, kiedy piłka jeszcze nie została
odgwizdana. Im bardziej oni się nakręcają, tym bardziej Przeznaczenie się
mści. Trzeba pomyśleć o jakimś kneblu na wypadek finałów, bo przegramy jak
nic.
Poza
owocowym festiwalem rzuciło mi się w oczy, że mamy przez pół meczu na
naszej stronie boiska pułapkę na niedźwiedzie. Nie wiem, czy młodzież teraz
przerabia takie rzeczy, więc przybliżę. Dawno, dawno temu, był taki zawód,
co się bartnik nazywał. Gościu robił w drzewach dziuple, w których pszczoły
sobie zakładały mieszkanko, a on im potem miodek podbierał. Miał niestety
konkurencję. Niedźwiedzie mianowicie mu ten miodek czasami wtrząchnęły,
zanim się do niego dobrał. Żeby uchronić miodek, bartnik zawieszał na
gałęzi kawał pnia, a kiedy misiek właził na drzewo i poruszył coś przy
barci, ten pień walił go w organizm i misiek z drzewa spadał z hukiem.
Długi trochę wywód, ale w meczu nic się nie dzieje ciekawego, więc sobie
pozwalam. I otóż my mamy taką pułapkę, Marcin ma na imię. Kiedy doskakuje
do bloku, wali taranem skrzydłowego. Się dziwię, że chłopaki nie uciekają
na sam jego widok, bo jest to pułapka naprawdę imponująca rozmiarowo. Choć
uczciwie mówiąc, Mamut zdaje sobie chyba sprawę ze swojej podwójnej
działalności, bo zauważyłam, że przy lądowaniu wyciąga rękę, asekurując
kumpla. Stanowczo coś z tym trzeba zrobić, bo plaga kontuzji już
wystarczająco przetrzebiła nam zespół.
Kiedy już
pierwszy set się skończył i rozpoczął się drugi, komentator zmienił nieco
ton wypowiedzi i stwierdził, że nie zawsze można rozgrywać dobry mecz.
Generalnie Swędrowski jest tym gadaczem, który mnie najmniej denerwuje,
aczkolwiek wolałabym, by nie denerwował mnie wcale. Wystarczy, że zawodnicy
często robią, co mogą w tej dziedzinie.
W drugim
secie zauważyłam, że nasz libero perfekcyjnie broni piłki, które Słowacy
przebijają na naszą stronę, nie mogąc wykonać ataku. W tym jest naprawdę
super i złego słowa nie dam na niego powiedzieć. Wygraliśmy drugiego seta,
a potem trzeciego, aczkolwiek prawie nie zauważyłam. Taki jakiś ten mecz
był... Na dodatek zamiast się sprężyć i dobić sąsiadów w czwartym secie, to
łaskawie podaliśmy im rękę. Nie bardzo mogłam się skupić na grze, bo znów
dopadł mnie mój fioł odzieżowy. Zaczęłam się zastanawiać, po kit im te
kołnierzyki przy koszulkach. Już nie mówię, że niektórzy wyglądali, jakby
ich kto za nie wytargał, ale wyraźnie przeszkadzały. Nie wiem, czy nie
można by z zawodnikami przedyskutować, jak powinna wyglądać wygodna odzież?
I uszyć taką? Żeby się nie marszczyła na jednych, nie majtała na drugich.
To przecież na miarę szyte, nie? To tylko jeszcze, na czyją. Czekam na
krawaty, bo też są bez sensu, więc mają szanse się pojawić. W trakcie
rozmyślań o tekstyliach bandyta zza siatki próbował nam zdemolować Bartka.
Bartek pokazał, że ma nie tylko ręce ze stali i nogi ze stali, ale i nos
kuloodporny.
Panowie na
boisku, by się zemścić za moje lekceważące podejście do meczu postanowili
podnieść mi ciśnienie w tie breaku. Pewnie liczyli na to, że na serce
wykorkuję i jedna maruda mniej będzie po świecie łaziła. Nic z tego, z
natury jestem niskociśnieniowcem. :P Patrzyłam na to przekomarzanie się z
przeciwnikiem coraz bardziej nerwowo, na szczęście Swędrowski już nic nie
mówił o naszej pewnej wygranej i pewnie tylko dlatego Gruch nam tę drogę
krzyżową zakończył. Z obserwacji mojej wynika co następuje:
1.
Najlepszy w obronie jest Gum*.
2.Gum
jest też bardzo dobry w bloku, ale tu nie tylko on się wykazuje.
3.W
przyjęciu bryluje Misiek i tylko dzięki temu, że to w niego walą, mamy czym
grać.
4.Atak
mamy zróżnicowany, bo i Kurek i Gruszek i Misiek i Zibi łapę dołoży. (Tu
Gum musi nadrobić zaległości, żeby móc zastąpić wszystkich naraz; na razie
sam przyjmie, sam rozegra, sam zablokuje, ale z ataków to tylko kiwanie mu
wychodzi).
Szykować trzeba duży plac, żeby
móc zmieścić odpowiednią ilość pomników. Ale gackowy tam nie powinien się
pojawić. Po szczegółowej analizie wniosek jest w jego temacie jeden – dalej
mnie do siebie nie przekonuje. Biedak.
*Wyjaśnienie: Guma to ona,
a on? GUM. Gruszka to ona, a on? GRUSZEK. :P I tak dalej i tak dalej
:)