Gdy
widzimy tak wspaniałą publiczność, to aż chce się grać. Jakbym był bez nogi to
też zrobiłbym wszystko, żeby w tych meczach wystąpić - mówi "Sportowi"
Daniel
Pliński.
Daniel Pliński wciąż walczy o miejsce wśród trójki środkowych, którzy zostaną powołani na finały tegorocznej Ligi Światowej.
Po ostatnich meczach z Bułgarami, w których zdobył 9 i 13 punktów z dużym
prawdopodobieństwem można stwierdzić, że znów zagra w Katowicach. - Mam
nadzieję, że przekonam też do siebie trenera Lozano. Rywalizacja jest bardzo
duża, bo każdy chce grać dla tej wspaniałej publiczności - powiedział Daniel
Pliński.
Co zadecydowało o kolejnym zwycięstwie nad Bułgarami?
- Myślę, że bardzo dobre rozłożenie ataku. Paweł Zagumny to doskonały
rozgrywający. W sobotę w miarę równo rozdzielał piłki i Bułgarzy kompletnie nie
wiedzieli jak mają ustawić blok. Oczywiście najwięcej piłek dostał Mariusz
Wlazły, ale to nie powinno dziwić, bo jest przecież atakującym. Poza tym kończy
niemal wszystkie kontrataki. To był jego wielki mecz.
To już szóste zwycięstwo nad Bułgarami 3:1. Przy kolejnym spotkaniu obu
drużyn też powinniśmy obstawiać taki wynik?
- Brałbym go w ciemno, aczkolwiek Bułgarzy grają z meczu na mecz coraz lepiej i
trzeba się do każdego kolejnego spotkania odpowiednio motywować i grać w nim
coraz lepiej. Ale tak naprawdę te kilka meczów pokazało, że wszystko zależy od
nas. Jeśli będziemy grać tak jak w sobotę, to z wielkim szacunkiem dla
przeciwnika, ale to my mamy przewagę psychologiczną. Jakbym miał ocenić oba
zespoły w liczbach to myślę, że na dziesięć spotkań Bułgarzy mogliby wygrać z
nami najwyżej dwa, i to jeszcze z ogromnym szczęściem. Mam tylko nadzieję, że ta
słabsza chwila, która prędzej czy później nastąpi, nie trafi nam się w finale
Ligi Światowej albo mistrzostw Europy.
Jesteście niepokonani w LŚ.
- Podobnie jak Brazylia. Myślę, iż nie jest przypadkiem, że mistrz i wicemistrz
świata wszystko wygrywają. Po tych wszystkich meczach organizm się jednak trochę
sam buntuje, bo jest zmęczony, ale głowa i psychika chce dalej grać. Proszę mi
wierzyć, gdy wychodzimy na halę i widzimy tak wspaniałą publiczność, to aż chce
się grać dla tych ludzi. O wszystkich mękach i dolegliwościach zapominamy.
Jakbym był bez nogi i trener reprezentacji powołałby mnie, to na pewno zrobiłbym
wszystko, żeby w tych meczach wystąpić. Wszyscy widzieliśmy, co się działo po
meczu. Żaden kibic nie wychodził ze Spodka. Myślę, że to jest fenomen na skalę
światową. Nie tylko w siatkówce, ale w każdej dyscyplinie.
Czyli jest też mały stres, żeby nie zawieść tej publiczności?
- Tak. Czujemy presję, jesteśmy przecież wicemistrzami świata i chcemy wygrywać
wszystkie spotkania. Wychodzimy na boisko strasznie sprężeni, zmotywowani, z
lekkim stresem, bo chcemy grać jak najlepiej.
Miał znaczenie fakt, że rywale grali bez Mateja Kazijskiego i Władimira
Nikołowa?
- Z drugiej strony my też nie zagraliśmy w najmocniejszym składzie. Nie było
przecież u nas Michała Winiarskiego, który jest naszym liderem w przyjęciu i
ataku. Myślę, że zdecydowanie większym osłabieniem jest brak Michała u nas, niż
Kazijskiego w bułgarskim zespole, a mimo to sobie poradziliśmy.