W
kadrze na Ligę Światową 2009 nie ma m.in. Daniela Plińskiego i
Mariusza Wlazłego. Obaj to od wielu lat podstawowi gracze
reprezentacji. Jeśli chodzi o tego drugiego, to jego nieobecność w składzie nie
jest zaskoczeniem, ponieważ już wcześniej zapowiadał, że chce odpocząć i przede
wszystkim wyleczyć się.
Jarosław Bińczyk: Dlaczego nie ma Pana w kadrze Polski?
Daniel Pliński: Bo nie dostałem powołania. Taka
była decyzja trenera Castellaniego.
Ale z pewnością podjął ją po konsultacji z Panem. Mówił, że ma Pan problemy z
piszczelą...
- Rozmawialiśmy z trenerem i doszliśmy do
wniosku, że szansę powinni dostać młodzi środkowi. Ja mam wolne do 20 czerwca.
No
właśnie, czy pamięta Pan ostatni tak długi urlop?
- Zwykle mieliśmy po dwa tygodnie wolnego, a dłuższej przerwy nie miałem
chyba od dziesięciu lat. Wcześniej, po zakończeniu sezonu, zaczynałem grę na
plaży. Więcej niż trzy tygodnie wolnego nie miałem chyba nigdy, od kiedy gram w
siatkówkę.
Ale to o Panu Jacek Nawrocki, drugi trener Skry, mówi, że pierwszy raz
spotkał zawodnika, który nigdy nie jest zmęczony grą ani treningami.
- Bo tak jest, ale teraz chętnie odpocznę i pomieszkam z rodziną.
Wcześniej jednak Skrę czekają decydujące spotkania o mistrzostwo Polski.
- Jesteśmy ostatnio w dobrej formie, ale musimy to pokazać na boisku. A
Jastrzębski Węgiel to trudny rywal.
Jeszcze nie wyeliminowaliście Delecty Bydgoszcz, a już myślicie o rywalu w
półfinale. Tymczasem w sobotnim spotkaniu bydgoszczanie Was postraszyli (Skra
zwyciężyła 3:1), zaś Jastrzębie też jeszcze nie przeszło AZS-u Olsztyn.
- Zostało nam jedno spotkanie, w którym trzeba postawić kropkę nad i. W
sobotę drużyna z Bydgoszczy dobrze grała, zaś my średnio. Ale w końcówce się
mobilizowaliśmy i odrabialiśmy nawet czteropunktową stratę. Teraz czeka nas mecz
na wyjeździe. Myślę, że Delekcie i AZS-owi Olsztyn trudno będzie wygrać po trzy
razy i awansować.
Ale w pierwszej rundzie play-off Skrze zawsze przytrafia się jeden słaby
pojedynek. To był ten drugi z Delectą?
- Jeśli tak, to się zgadzam. W ubiegłym roku przegraliśmy raz, z Płomieniem
Sosnowiec. Myślę, że teraz sobie poradzimy i od piątku w spokoju będziemy
przygotowywać się do półfinałów.
W przyszłym tygodniu w Pradze rozegrany zostanie Final Four. Myśli Pan
czasami o straconej szansie na występ w nim?
- Cały czas jest mi przykro, że odpadliśmy. Nie zgadzam się z opiniami, że
przegraliśmy gładko. Moim zdaniem o wszystkim zadecydował pierwszy set, w którym
odebrano nam dwa punkty i to w ważnym momencie. Po ataku Mariusza Wlazłego w
boisko sędziowie uznali, że był aut, a później gwizdnęli Miguelowi Falasce
podwójne odbicie. Niesłusznie. W takich spotkaniach nie popełnia się podobnych
błędów. One przesądziły o wygranej Iskry. Uważam zresztą, że ta drużyna jest
głównym faworytem do wygrania Ligi Mistrzów. Z tak dobrze grającym Schöpsem
trudno ją będzie zatrzymać. W sumie jednak nie musimy się wstydzić naszego
występu.