Daniel
Pliński przed turniejem kwalifikacyjnym do Igrzysk Olimpijskich, w Izmirze, jest
pełen optymizmu. - Znów wychodzi nam to wszystko, co było naszym atutem, gdy
zdobywaliśmy tytuł wicemistrzów świata - powiedział zawodnik.
Janusz Pindera: Znów gracie tak jak na
mistrzostwach świata?
Daniel Pliński:Cieszymy się grą. Przyjechaliśmy na
olimpijski turniej kwalifikacyjny na Węgry, nie wiedząc tak naprawdę, na co
nas stać. Wygrane z Danią i Belgią były bardzo ważne, bo pokazały, że nie
zapomnieliśmy, jak to się robi. I z meczu na mecz graliśmy lepiej. W finale
znów byliśmy sobą.
Grając bez Mariusza Wlazłego i Pawła Zagumnego...
To filary tej drużyny. O klasie Pawła nie muszę chyba nikogo
przekonywać. On jest szefem na boisku, to on rozdziela piłki. Raul Lozano
nie wywiera na niego żadnej presji. Decyzje, które podejmuje, zależą tylko
od niego. A Mariusz to pierwsza strzelba tej reprezentacji. To przecież on
swoimi asami serwisowymi ustawił bardzo ważny mecz z Węgrami. Mecz, który w
zasadzie decydował o tym, kto pojedzie do Izmiru.
Wlazły doznał kontuzji i nie wiadomo, kiedy wróci do drużyny...
Myślę, że pojedziemy razem do Turcji. To właśnie dla niego graliśmy
finałowy mecz z Finlandią, dla niego tak bardzo chcieliśmy wygrać. I co
ciekawe, najlepiej w tym meczu spisali się Łukasz Żygadło, który zastąpił
Zagumnego, i Grzegorz Szymański, który znakomicie wypełnił lukę po Wlazłym.
Pozostali też grali jak za najlepszych czasów. Strasznie się cieszę, bo to
sygnał, że wszystko wraca do normy.
Odzyskaliście już równowagę utraconą w Moskwie?
Tak myślę, choć wiem, że nawet jedną naszą porażkę w Szombathely
potraktowano by jak klęskę, ale na szczęście do tego nie doszło.
W trzecim secie finałowego meczu prowadziliście 20:12, ale
roztrwoniliście przewagę i Finowie byli bardzo bliscy wygranej w tej partii.
To trochę denerwuje i niepokoi.
To się zdarza, choć nie powinno. Wystarczy, że na chwilę zabraknie
koncentracji, a z drugiej strony siatki ktoś trafi kilka razy serwisem, i
przewaga topnieje w oczach. Ale najważniejsze, kto kończy seta. Zwycięskie
piłki należały do nas.
Jakie znaczenie miały dla was wygrane z Belgią i Finlandią,
zespołami, które pokonały was w Moskwie?
Bardzo osobiste. Chcieliśmy im pokazać, że tamte porażki to był
przypadek, a oni starali się nam udowodnić, że już wiedzą, jak z nami
wygrywać. Co więcej mówi o polskiej drużynie: srebrny medal mistrzostw
świata czy bolesna porażka podczas mistrzostw Europy? Sukces w Japonii. Co do
tego nikt nie powinien mieć wątpliwości. W Moskwie graliśmy słabo, ale to
nasz pierwszy i jak na razie jedyny nieudany występ na prestiżowej imprezie
za rządów Lozano. Ja już o tym zapomniałem.
Jak będzie w Izmirze?
Wykorzystamy szansę już w styczniu, stać nas na to. Grając na miarę
swoich możliwości, jesteśmy w stanie zająć pierwsze miejsce i zapewnić sobie
start na igrzyskach. To moje sportowe marzenie. Nie byłem na takiej
imprezie, ale wierzę, że sen się spełni i powalczę tam wraz z kolegami o
medal.
Naprawdę pan w to wierzy?
Tak, bo gramy dobrą siatkówkę. Znów wychodzi nam to wszystko, co było
naszym atutem, gdy zdobywaliśmy tytuł wicemistrzów świata.