Data dodania: 05.12.2008, źródło: Super Volley

Siatkarski poker

„Życie jest walką, życie jest grą”. Pod tą maksymą Daniel Pliński podpisałby się zapewne bez wahania. Jeden z najlepszych polskich siatkarzy uwielbia rywalizację, czy to na siatkarskim parkiecie, czy przy karcianym stole. I najczęściej, także w życiu prywatnym, stawia na właściwą kartę.


– Daniel jest najlepszym karciarzem w reprezentacji Polski. Regularnie ogrywa nas w 3-5-8 – narzekają koledzy „Pliny”, którzy podczas zgrupowań siadają z nim do stołu. Zachęceni karcianą sławą siatkarza zaproponowaliśmy mu nietypową grę. Zasiedliśmy razem do stołu, na którym rozłożyliśmy talię. Daniel wyciągał karty, pod którymi kryły się określone tematy do dyskusji. Stawką nie było jednak zwycięstwo, chodziło raczej o odkrycie prywatnego oblicza siatkarza, poznanie jego mniej znanych stron. Co kryje się za miną pokerzysty? Zgodnie z nomenklaturą pokerową rzuciliśmy hasło: „sprawdzam”.    

DWÓJKA PIK – PODWÓRKO

Ulica Przebendowskiego w Pucku. To tutaj na jednym z osiedlowych boisk Daniel Pliński kopał piłkę z młodszym o pięć lat Marcinem Wiką. Wtedy zapaleni futboliści i kumple z podwórka nawet nie marzyli o tym, że po latach będą reprezentantami Polski w… siatkówce. – Rodzina Marcina mieszkała od mojej o jakieś 200 metrów. Często się spotykaliśmy, podobne były nasze drogi życiowe. Obaj zaczynaliśmy przygodę ze sportem od piłki nożnej. Byliśmy zawodnikami Zatoki Puck, choć z powodu różnicy wieku nigdy nie graliśmy w tej samej drużynie. Jakim byłem piłkarzem? Raczej przeciętnym. Brakowało mi szybkości. Grałem w pomocy i przez chwilę na bramce. Podczas igrzysk w Barcelonie bardzo zaimponował mi Aleksander Kłak i chciałem grać jak on – mówi „Plina”.
Siatkówka pojawiła się w jego życiu dość przypadkowo. – Organizowano w Pucku jakiś szkolny turniej, poszedłem, zagrałem i spodobało mi się. Jeszcze przez rok łączyłem grę w piłkę nożną z siatkówką, a potem definitywnie porzuciłem futbol. I chyba dobrze zrobiłem – śmieje się Daniel, który pochodzi z wielodzietnej, usportowionej rodziny. – Mam trzech braci i dwie siostry. Dwaj starsi bracia do dzisiaj grają w piłkę nożną w piątej, czy szóstej lidze. Młodszy brat, tak jak ja wybrał siatkówkę, a niedawno skrzyknął starszych chłopaków i grają w Pucku w trzeciej lidze.

CZWÓRKA PIK – GRA

– Czwórka to mój numer. Z takim gram przecież w reprezentacji i klubie – uśmiecha się Daniel, po wyciągnięciu kolejnej karty. No właśnie gra. Można odnieść wrażenie, że życie Plińskiego to jedna wielka rywalizacja – w siatkówkę, karty, przy stole z ruletką. – Rzeczywiście lubię konkurować z innymi, kocham wygrywanie, nienawidzę porażek. Każdą formę rywalizacji traktuję cholernie poważnie. Nawet gdy gramy w piłkę nożną na rozgrzewce, to nigdy się nie oszczędzam – przyznaje siatkarz Skry i dodaje: – Ostatnio zaszła we mnie jednak pewna zmiana. Nauczyłem się przegrywać. Kiedyś nie potrafiłem pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy, że przegraliśmy mecz. Wściekałem się, wpadałem w gniew, nie zawsze potrafiłem zapanować nad nerwami i emocjami. U wszystkich dookoła widziałem błędy, tylko nie u siebie. Dostawało się kolegom z zespołu, do których miałem pretensje i najbliższym, którzy musieli znosić te moje wybuchy. Teraz łatwiej przychodzi mi pogodzić się z porażką. Jestem już w końcu dojrzałym facetem – mówi Daniel kilkanaście godzin po przegranym meczu Ligi Mistrzów z VfB Friedrichshafen. – Pewnie, że jestem teraz smutny, ale przeciwnik był lepszy, a my zagraliśmy słabiej. Trzeba to zaakceptować. Chodzi o to żeby, ta porażka nas wzmocniła, a nie osłabiła.
Przy pytaniu o najboleśniejszą życiową i sportową porażkę, Daniel chwilę się zastanawia. – Chyba mistrzostwa Europy w Moskwie. Po mundialu w Japonii byliśmy na szczycie i nagle spadliśmy z hukiem na sam dół. To bolało jak diabli i chyba wtedy nabrałem najwięcej pokory. A w życiu osobistym? Odpukać, wszystko pięknie mi się układa. Jestem szczęśliwym człowiekiem – śmieje się siatkarz, zerkając w stronę bawiącej się obok dwuletniej dziewczynki.
W kartach Pliński też ma sporo szczęścia, bo podczas zgrupowań kadry regularnie ogrywa kolegów w 3-5-8. – Rzeczywiście, najczęściej to ja jestem górą w naszych rozgrywkach. Chyba procentuje doświadczenie, bo w 3-5-8 gram już od 15 lat. Na kurniku (portal internetowy z grami karcianymi – przyp. aut.) mam już rozegranych ponad 1000 gier  – śmieje się najlepszy karciarz w reprezentacji Polski.
W Skrze Bełchatów grupę graczy tworzą z „Pliną”: Michał Bąkiewicz, Dawid Murek i Maciej Dobrowolski. W reprezentacji rywalami Daniela przy karcianym stoliku są poza „Bąkiem” także Michał Winiarski i Robert Prygiel. – Najgorsze, że podczas igrzysk w Pekinie nie miałem z kim grać, bo zostało nas w kadrze tylko dwóch karciarzy, ja i Michał Winiarski – mówi Pliński, który ponad wszystkie inny gry przedkłada Texas Holdem Poker. – To najwspanialsza gra na świecie, ale nie mam zbyt wielu okazji, by w nią pograć. Czasami znajomi organizują w Pucku turnieje, ale w tym roku nie byłem na żadnym – mówi Daniel z wyraźnym żalem w głosie.
Czy nie obawia się, że wpadnie w uzależnienie od hazardu, z którym problemy miało wielu sportowców, także siatkarzy? – Mam świadomość, że muszę uważać, bo hazard może być bardzo niebezpieczny, można się zatracić w grze. Ale ja mam wszystko pod kontrolą, nie przegrywam wielkich sum, potrafię powiedzieć sobie stop. Kwoty, o które gramy w kadrze nie są wielkie, a przegrana nie uszczupla w znacznym stopniu rodzinnego budżetu. Chodzi raczej o zabawę, adrenalinę, a nie o kasę.

KRÓL TREFL – RAUL LOZANO

Co czujesz słysząc dzisiaj to nazwisko?

Mam mieszane uczucia. Ten człowiek doprowadził nas do wielkiego sukcesu, a reprezentacja Polski wiele mu zawdzięcza. Jestem mu wdzięczny, bo to on powołał mnie po raz pierwszy do drużyny narodowej. Myślę jednak, że nadeszła pora, by na stanowisku trenera reprezentacji dokonać zmiany. Cztery lata z jednym trenerem to już było trochę za długo.

Do niedawna w każdej rozmowie broniłeś Raula Lozano i deklarowałeś lojalność względem niego. Co się zmieniło, po Pekinie, że nie jesteś już tak wielkim entuzjastą Argentyńczyka?

Nadal mam o nim dobre zdanie, ale nie ukrywam, że zabolały mnie słowa, które wypowiedział, odjeżdżając z Polski. Słowa, których potem częściowo się wyparł, ale kto wie jak było naprawdę. Dużo Raulowi zawdzięczam i dlatego na łamach prasy nie chcę mówić o tym co było złe. Chcę pamiętać to co było dobre, a złe rzeczy wyrzucić z głowy. Jedno jest pewne – Lozano jest świetnym trenerem, ale reprezentacji Polski potrzebny jest teraz szkoleniowiec, który byłby lepszym psychologiem niż Argentyńczyk, ktoś kto lepiej potrafiłby porozumieć się z graczami.

PIĄTKA TREFL – KLUBY

Pierwsze kroki na siatkarskim parkiecie Daniel Pliński stawiał w Korabiu Puck. Potem była Stolarka Wołomin, Płomień Sosnowiec, Jastrzębski Węgiel i wreszcie PGE Skra Bełchatów. – Pięć klubów, to chyba niewiele? Znam chłopaków, którzy reprezentowali barwy dziesięciu, a nawet więcej zespołów – mówi środkowy mistrza Polski. – Do drużyn, w których przyszło mi grać też miałem szczęście. W odpowiednim momencie trafiałem na klub, który dawał mi szansę rozwoju. W Wołominie trafiłem na świetnego trenera Krzysztofa Felczaka, który bardzo dobrze pokierował moją karierą. W Sosnowcu były dwa Puchary Polski, w Jastrzębiu kolejny świetny trener Igor Prielożny i srebrne medale mistrzostw Polski. Teraz jest Skra Bełchatów, najlepszy klub, do którego mogłem trafić. I nie chodzi tylko o aspekt sportowy, ale także o całe zaplecze finansowo-organizacyjne i podejście do siatkarzy. Powtórzę to co mówili już inni zawodnicy Skry – tutaj jesteśmy traktowani jak ludzie, a nie jak maszynki do zdobywania punktów. Ten klub ma to coś, czego nie spotkałem na przykład w Jastrzębiu, mimo że tam też jest dobra organizacja.
Na liście klubów, w których grał Daniel Pliński znajdują się tylko polskie nazwy. Czy kiedykolwiek to się zmieni? – Myślę, że nie. Dwa lata temu myślałem o wyjeździe, ale nie dostałem żadnej poważnej propozycji. Teraz jest już chyba za późno, a poza tym w Bełchatowie jest mi bardzo dobrze.

SZÓSTKA KARO – SIATKÓWKA PLAŻOWA

– Plażówka to moja wielka pasja – mówi najlepszy siatkarz plażowy wśród reprezentantów Polski. – Z domu na plażę miałem bardzo blisko i przez trzy miesiące mogłem odbijać piłkę nad morzem. W plażówce więcej od ciebie zależy, bo tworzysz połowę zespołu, w hali jesteś tylko jednym z dwunastu. Może dlatego tak bardzo polubiłem tę grę – mówi Daniel, który kiedyś ujawnił, że chciałby pojechać na igrzyska olimpijskie do Londynu jako siatkarz plażowy. Te plany trochę się jednak zmieniły. – Po pierwsze, wszystko zależy od mojego zdrowia. Po drugie, zobaczymy czy nowy trener reprezentacji Polski w siatkówce halowej będzie widział mnie w składzie. Jeśli będę zdrowy i dostanę powołanie, to chciałbym powalczyć o Londyn, ale jeszcze raz w siatkówce halowej.
Jeśli nie zostanę powołany, to być może wrócę na plażę. Bardzo chciałbym być pierwszym Polakiem, który zagra na igrzyskach w obu odmianach siatkówki. Będzie to jednak bardzo trudne. Przebicie się do turniejów głównych World Touru w siatkówce plażowej to trudne wyzwanie. Poziom jest bardzo wysoki, a gwarancji, że odniesiesz sukces nie ma żadnych. Nawet nie wiem kto mógłby być moim partnerem.

ÓSEMKA KARO – PEKIN

Czemu nie zdobyliście w Chinach medalu?

Bo najsłabszy mecz zagraliśmy w ćwierćfinale. Byliśmy spięci, za bardzo chcieliśmy wygrać, a efekt był taki, że graliśmy gorzej niż w poprzednich spotkaniach. W Pekinie prezentowaliśmy się lepiej niż w mistrzostwach świata, ale wystarczyło to tylko na ćwierćfinał.

Ciekawa koncepcja. W Japonii zostaliście wicemistrzami świata, a w Pekinie odpadliście w ćwierćfinale. Mimo to twierdzisz, że graliście lepiej podczas igrzysk?

W Japonii mieliśmy po prostu więcej szczęścia, zwłaszcza w meczu z Rosją. Tego szczęścia zabrakło nam w potyczce z Włochami w Pekinie. Ale cały turniej olimpijski rozegraliśmy naprawdę na najwyższym poziomie. Tyle że wygraliśmy nie ten mecz, który był najważniejszy.   

Sobie nie masz nic do zarzucenia? W kraju nie oceniono twojego występu zbyt pozytywnie.

Każdy ma prawo do swojej oceny, ale ja uważam, że byłem w wysokiej formie i nie zawiodłem. Mecz z Brazylią był najlepszym w historii moich występów w reprezentacji. Zdobyłem 11 punktów, miałem 5 bloków. Przeciwko najlepszemu zespołowi świata to naprawdę świetny wynik. W pozostałych meczach, w których grałem także nie zawiodłem. Statystyki miałem lepsze niż podczas mistrzostw świata w Japonii. 

DWÓJKA TREFL – PRZYJACIEL

Tamtej feralnej nocy Daniel Pliński nagle obudził się jakby tchnięty przeczuciem. Włączył telefon. Na poczcie głosowej czekała informacja od dziewczyny Maćka. „Maciek miał wypadek samochodowy, jest w szpitalu w stanie krytycznym.”
Maciej Olszewski, partner Daniela z zespołu siatkówki plażowej zmarł trzy tygodnie później. Kolejną tragiczną wiadomość Daniel odsłuchał o czwartej nad ranem.  – Byliśmy przyjaciółmi, spędzaliśmy ze sobą wiele godzin i nie musieliśmy nawet ust otwierać, żeby się zrozumieć. Tamtego feralnego dnia wróciliśmy jego samochodem do Olsztyna z Pucharu Polski w Kędzierzynie-Koźlu. Potem on został w Olsztynie, bo chciał dłużej pobyć z narzeczoną, a ja pojechałem pociągiem do domu, do Pucka. Gdybym wtedy dał się namówić i został w Olsztynie, to ja prowadziłbym samochód, bo Maciek od niedawna miał prawo jazdy. Wtedy długo się zastanawiałem, czy zostać na noc w Olsztynie. Wsiadłem jednak do pociągu. Po raz pierwszy od trzech lat. Gdybym mógł przewidzieć co się potem stanie… Maciek był dobrym człowiekiem i widocznie Bóg go tam u siebie potrzebował.

DZIEWIĄTKA KARO – HOBBY

Karty, ale o tym już mówiłem. Moim marzeniem jest także mieć kiedyś trzy-cztery psy. Na razie mamy w domu pięcioletniego boksera, ale mam nadzieję, że gdy postawię dom w Pucku i osiądę tam na stałe, to psia rodzina się powiększy. Uwielbiam zwierzęta, nienawidzę programów, w których pokazuje się cierpienie różnych stworzeń. Psy to są bardzo mądre zwierzęta, czują tak jak człowiek. Może mają trochę mniej rozumu, choć gdy patrzę na zachowanie niektórych ludzi, to często muszę ten pogląd weryfikować.

AS KIER – PRZYSZŁOŚĆ

Kto powinien zostać trenerem reprezentacji Polski? Jesteś za wariantem polskim czy zagranicznym?

Trenerem kadry powinien być obcokrajowiec. Polscy młodzi trenerzy już prezentują dobry poziom, ale na nich jest jeszcze za wcześnie.

Myślisz powoli o zawieszeniu butów na kołku?

W grudniu skończę 30 lat, ale nie czuję się staro. Na pozycji środkowego można długo grać w siatkówkę. W reprezentacji Włoch Mastrangelo ma 33 lata, a Bovolenta 34. Nic nie stoi więc na przeszkodzie żebym i ja jeszcze parę lat pograł w siatkówkę i pojechał na igrzyska do Londynu. Jeśli oczywiście dostanę powołanie i wygram rywalizację z młodszymi środkowymi. Kiedyś Raul Lozano powiedział, że w Bełchatowie jest weteran Pliński. Jeśli chodzi o zdrowie, to może i jestem weteranem, ale mam ambicję i chęci żeby wciąż grać w reprezentacji i udowodnić trenerowi, że nie jestem jeszcze emerytem.
Może już tak bardzo nie wariuję na punkcie siatkówki jak kiedyś, ale wciąż palę się do gry. Kiedyś nie potrafiłem usiedzieć pół dnia bez gry. Podczas Ligi Światowej 2005, gdy drużyna rozgrywała jakiś mecz wyjazdowy, ja miałem trzy dni wolnego. Zamiast siedzieć w domu i odpoczywać, pojechałem z bratem na turniej siatkówki plażowej. Nieźle mi się potem dostało od trenera, że zamiast odpoczywać grałem na plaży. Teraz, gdy mam trzy dni wolnego, bardziej się szanuję i nie dotykam piłki.

A kiedy już definitywnie odłożysz piłkę w kąt?

Jeszcze nie wiem. Może założę z żoną jakiś mały biznes, może zostanę trenerem i poprowadzę zawodowy klub? Moim marzeniem jest jednak praca z dzieciakami. Fajnie byłoby uczyć siatkówki młodych ludzi.

DZIESIĄTKA PIK – KASA

Czy jestem bogaty? W porównaniu z przeciętnymi obywatelami, którzy ciężko pracują do 60 roku życia, by utrzymać siebie i swoje rodziny, to my siatkarze mamy jak u pana Boga za piecem. Pamiętajmy jednak o tym, że nasze kariery nie trwają długo i przez kilkanaście lat musimy zarobić pieniądze na całe życie. Największe pieniądze płaci się w siatkówce reprezentantom kraju, a ja w zespole narodowym gram dopiero od 2005 roku. To jest odpowiedź na pytanie czy zarobiłem na grze w siatkówkę wielkie pieniądze. W pierwszym sezonie gry w Wołominie zarabiałem 700 złotych miesięcznie. Potem oczywiście te stawki rosły i teraz nie mogę już narzekać. Staram się pieniądze dobrze inwestować, kupiłem ziemię w Pucku i mieszkanie w Bełchatowie, przez dwa lata inwestowałem pieniądze na giełdzie, ale w dobrym momencie udało mi się wycofać środki. Mimo kryzysu dużo nie straciłem.

DAMA KIER – KOBIETY JEGO ŻYCIA

Chcę do domu, do mamy – oznajmia dwuletnia dziewczynka, sygnalizując gotowość do rozpłakania się, gdy tylko jej prośba nie zostanie spełniona. Daniel próbuje jeszcze ratować sytuację, podtykając małej listopadowy numer „Super Volleya”. – Zobacz, wujek – wskazuje na zdjęcie Mariusza Wlazłego. – Ujek Mariusz – stwierdza dziewczynka, ale nie daje się zwieść. – Chcę do domu – komunikuje. Może dobrze się składa, bo nadszedł czas na opowieść o rodzinie. Państwo Plińscy mieszkają na czwartym piętrze w wielkim bloku na jednym z bełchatowskich osiedli. Drzwi otwiera pani domu, drobna, urocza blondynka. Poznali się, gdzieżby indziej, na osiedlowym podwórku w Pucku. Tym samym, na którym Daniel kopał piłkę z Marcinem Wiką. – Marta mieszkała jakieś dwieście metrów ode mnie. Ale przez długi czas znaliśmy się tylko z widzenia. Pierwszy raz rozmawialiśmy na Sylwestrze w 1996 roku. Miałem wtedy 18 lat, trafiliśmy na jedną imprezę i zaiskrzyło między nami. Od tamtego czasu jesteśmy ze sobą na dobre i na złe – wspomina „Plina”. Początkowo drogi Marty i Daniela biegły w różne strony. On zmieniał kluby, ona kończyła studia w Olsztynie. – Mogliśmy razem zamieszkać dopiero w Jastrzębiu – mówi Daniel, podrzucając do góry szczęśliwą córkę.
Julka przyszła na świat, gdy Daniel grał w barwach Jastrzębskiego Węgla. – To był trudny okres, bo mieliśmy mistrzostwa świata i przez pierwsze osiem miesięcy po narodzinach Julki, w domu byłem w sumie może 40 dni. Dobrze, że córka mnie poznała, gdy wróciłem z Japonii – mówi Daniel. – Raz tylko mnie nie poznała, gdy ufarbowałem włosy na blond. Na początku trochę się mnie bała – śmieje się siatkarz.
– Daniel ma świetny kontakt z Julią. Potrafią się razem znakomicie bawić – mówi Marta, która z uwagą śledzi poczynania męża na parkiecie. – Nie zawsze mi się udaje wszystko dostrzec, bo Julka wchodzi w ekran telewizora i szuka taty. Rozpoznaje też wujków, Marcina Wikę, czy Mariusza Wlazłego – śmieje się pani domu. Pytana o to jak Daniel radzi sobie z pracami domowymi, lekko się uśmiecha. – Coraz lepiej. Pomaga jak umie. Najlepszy jest w „jeździe na mopie”.  
Już niedługo Daniel będzie miał więcej powierzchni do zmywania, bo w połowie przyszłego roku ukończona zostanie budowa domu państwa Plińskich nad Zatoką Pucką. – Ten dom to nasze wspólne marzenie, a Puck to nasze miejsce na ziemi. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli mieszkać gdzie indziej – mówi Daniel.

JOKER  – PLIŃSKI DO KIBICÓW

Na zakończenie spotkania na stole pozostał tylko joker. W naszej zabawie oznaczał on dwie minuty dla Daniela, które karciany mistrz mógł wykorzystać wedle swego uznania. Wybór tematu należał do niego. – Chciałbym kilka słów skierować do kibiców – oznajmił Daniel po króciutkim namyśle. – Jesteście najlepsi na świecie. Dziękuję wam za wspaniały doping, który nas uskrzydla. Pamiętajcie jednak o tym, że siatkówka to nie tylko nasza pasja, ale także nasz zawód, że na treningach wylewamy hektolitry potu, ciężko pracujemy, by stawać się lepszymi i dawać wam radość. Na boisku dajemy z siebie wszystko, walczymy z pełnym zaangażowaniem, ale nie zawsze udaje nam się wygrywać. Nie jesteśmy nadludźmi. Też mamy prawo do chwili słabości. Zrozumcie to.

KAMIL DRĄG