„Życie jest
walką, życie jest grą”. Pod tą maksymą Daniel Pliński podpisałby się zapewne bez
wahania. Jeden z najlepszych polskich siatkarzy uwielbia rywalizację, czy to na
siatkarskim parkiecie, czy przy karcianym stole. I najczęściej, także w życiu
prywatnym, stawia na właściwą kartę.
– Daniel jest najlepszym karciarzem w reprezentacji Polski. Regularnie
ogrywa nas w 3-5-8 – narzekają koledzy „Pliny”, którzy podczas zgrupowań siadają
z nim do stołu. Zachęceni karcianą sławą siatkarza zaproponowaliśmy mu nietypową
grę. Zasiedliśmy razem do stołu, na którym rozłożyliśmy talię. Daniel wyciągał
karty, pod którymi kryły się określone tematy do dyskusji. Stawką nie było
jednak zwycięstwo, chodziło raczej o odkrycie prywatnego oblicza siatkarza,
poznanie jego mniej znanych stron. Co kryje się za miną pokerzysty? Zgodnie z
nomenklaturą pokerową rzuciliśmy hasło: „sprawdzam”.
DWÓJKA PIK –
PODWÓRKO
Ulica Przebendowskiego w Pucku. To tutaj na jednym z osiedlowych boisk
Daniel Pliński kopał piłkę z młodszym o pięć lat Marcinem Wiką. Wtedy zapaleni
futboliści i kumple z podwórka nawet nie marzyli o tym, że po latach będą
reprezentantami Polski w… siatkówce. – Rodzina Marcina mieszkała od mojej o
jakieś 200 metrów. Często się spotykaliśmy, podobne były nasze drogi życiowe.
Obaj zaczynaliśmy przygodę ze sportem od piłki nożnej. Byliśmy zawodnikami
Zatoki Puck, choć z powodu różnicy wieku nigdy nie graliśmy w tej samej
drużynie. Jakim byłem piłkarzem? Raczej przeciętnym. Brakowało mi szybkości.
Grałem w pomocy i przez chwilę na bramce. Podczas igrzysk w Barcelonie bardzo
zaimponował mi Aleksander Kłak i chciałem grać jak on – mówi „Plina”.
Siatkówka pojawiła się w jego życiu dość przypadkowo. – Organizowano w
Pucku jakiś szkolny turniej, poszedłem, zagrałem i spodobało mi się. Jeszcze
przez rok łączyłem grę w piłkę nożną z siatkówką, a potem definitywnie
porzuciłem futbol. I chyba dobrze zrobiłem – śmieje się Daniel, który pochodzi z
wielodzietnej, usportowionej rodziny. – Mam trzech braci i dwie siostry. Dwaj
starsi bracia do dzisiaj grają w piłkę nożną w piątej, czy szóstej lidze.
Młodszy brat, tak jak ja wybrał siatkówkę, a niedawno skrzyknął starszych
chłopaków i grają w Pucku w trzeciej lidze.
CZWÓRKA PIK –
GRA
– Czwórka to mój numer. Z takim gram przecież w reprezentacji i klubie –
uśmiecha się Daniel, po wyciągnięciu kolejnej karty. No właśnie gra. Można
odnieść wrażenie, że życie Plińskiego to jedna wielka rywalizacja – w siatkówkę,
karty, przy stole z ruletką. – Rzeczywiście lubię konkurować z innymi, kocham
wygrywanie, nienawidzę porażek. Każdą formę rywalizacji traktuję cholernie
poważnie. Nawet gdy gramy w piłkę nożną na rozgrzewce, to nigdy się nie
oszczędzam – przyznaje siatkarz Skry i dodaje: – Ostatnio zaszła we mnie jednak
pewna zmiana. Nauczyłem się przegrywać. Kiedyś nie potrafiłem pogodzić się z
tym, że ktoś jest lepszy, że przegraliśmy mecz. Wściekałem się, wpadałem w
gniew, nie zawsze potrafiłem zapanować nad nerwami i emocjami. U wszystkich
dookoła widziałem błędy, tylko nie u siebie. Dostawało się kolegom z zespołu, do
których miałem pretensje i najbliższym, którzy musieli znosić te moje wybuchy.
Teraz łatwiej przychodzi mi pogodzić się z porażką. Jestem już w końcu dojrzałym
facetem – mówi Daniel kilkanaście godzin po przegranym meczu Ligi Mistrzów z VfB
Friedrichshafen. – Pewnie, że jestem teraz smutny, ale przeciwnik był lepszy, a
my zagraliśmy słabiej. Trzeba to zaakceptować. Chodzi o to żeby, ta porażka nas
wzmocniła, a nie osłabiła.
Przy pytaniu o najboleśniejszą życiową i sportową porażkę, Daniel chwilę
się zastanawia. – Chyba mistrzostwa Europy w Moskwie. Po mundialu w Japonii
byliśmy na szczycie i nagle spadliśmy z hukiem na sam dół. To bolało jak diabli
i chyba wtedy nabrałem najwięcej pokory. A w życiu osobistym? Odpukać, wszystko
pięknie mi się układa. Jestem szczęśliwym człowiekiem – śmieje się siatkarz,
zerkając w stronę bawiącej się obok dwuletniej dziewczynki.
W kartach Pliński też ma sporo szczęścia, bo podczas zgrupowań kadry
regularnie ogrywa kolegów w 3-5-8. – Rzeczywiście, najczęściej to ja jestem górą
w naszych rozgrywkach. Chyba procentuje doświadczenie, bo w 3-5-8 gram już od 15
lat. Na kurniku (portal internetowy z grami karcianymi – przyp. aut.) mam już
rozegranych ponad 1000 gier – śmieje się najlepszy karciarz w reprezentacji
Polski.
W Skrze Bełchatów grupę graczy tworzą z „Pliną”: Michał Bąkiewicz, Dawid
Murek i Maciej Dobrowolski. W reprezentacji rywalami Daniela przy karcianym
stoliku są poza „Bąkiem” także Michał Winiarski i Robert Prygiel. – Najgorsze,
że podczas igrzysk w Pekinie nie miałem z kim grać, bo zostało nas w kadrze
tylko dwóch karciarzy, ja i Michał Winiarski – mówi Pliński, który ponad
wszystkie inny gry przedkłada Texas Holdem Poker. – To najwspanialsza gra na
świecie, ale nie mam zbyt wielu okazji, by w nią pograć. Czasami znajomi
organizują w Pucku turnieje, ale w tym roku nie byłem na żadnym – mówi Daniel z
wyraźnym żalem w głosie.
Czy nie obawia się, że wpadnie w uzależnienie od hazardu, z którym
problemy miało wielu sportowców, także siatkarzy? – Mam świadomość, że muszę
uważać, bo hazard może być bardzo niebezpieczny, można się zatracić w grze. Ale
ja mam wszystko pod kontrolą, nie przegrywam wielkich sum, potrafię powiedzieć
sobie stop. Kwoty, o które gramy w kadrze nie są wielkie, a przegrana nie
uszczupla w znacznym stopniu rodzinnego budżetu. Chodzi raczej o zabawę,
adrenalinę, a nie o kasę.
KRÓL TREFL –
RAUL LOZANO
Co czujesz
słysząc dzisiaj to nazwisko?
Mam mieszane uczucia. Ten człowiek doprowadził nas do wielkiego sukcesu,
a reprezentacja Polski wiele mu zawdzięcza. Jestem mu wdzięczny, bo to on
powołał mnie po raz pierwszy do drużyny narodowej. Myślę jednak, że nadeszła
pora, by na stanowisku trenera reprezentacji dokonać zmiany. Cztery lata z
jednym trenerem to już było trochę za długo.
Do niedawna w
każdej rozmowie broniłeś Raula Lozano i deklarowałeś lojalność względem niego.
Co się zmieniło, po Pekinie, że nie jesteś już tak wielkim entuzjastą
Argentyńczyka?
Nadal mam o nim dobre zdanie, ale nie ukrywam, że zabolały mnie słowa,
które wypowiedział, odjeżdżając z Polski. Słowa, których potem częściowo się
wyparł, ale kto wie jak było naprawdę. Dużo Raulowi zawdzięczam i dlatego na
łamach prasy nie chcę mówić o tym co było złe. Chcę pamiętać to co było dobre, a
złe rzeczy wyrzucić z głowy. Jedno jest pewne – Lozano jest świetnym trenerem,
ale reprezentacji Polski potrzebny jest teraz szkoleniowiec, który byłby lepszym
psychologiem niż Argentyńczyk, ktoś kto lepiej potrafiłby porozumieć się z
graczami.
PIĄTKA TREFL –
KLUBY
Pierwsze kroki na siatkarskim parkiecie Daniel Pliński stawiał w Korabiu
Puck. Potem była Stolarka Wołomin, Płomień Sosnowiec, Jastrzębski Węgiel i
wreszcie PGE Skra Bełchatów. – Pięć klubów, to chyba niewiele? Znam chłopaków,
którzy reprezentowali barwy dziesięciu, a nawet więcej zespołów – mówi środkowy
mistrza Polski. – Do drużyn, w których przyszło mi grać też miałem szczęście. W
odpowiednim momencie trafiałem na klub, który dawał mi szansę rozwoju. W
Wołominie trafiłem na świetnego trenera Krzysztofa Felczaka, który bardzo dobrze
pokierował moją karierą. W Sosnowcu były dwa Puchary Polski, w Jastrzębiu
kolejny świetny trener Igor Prielożny i srebrne medale mistrzostw Polski. Teraz
jest Skra Bełchatów, najlepszy klub, do którego mogłem trafić. I nie chodzi
tylko o aspekt sportowy, ale także o całe zaplecze finansowo-organizacyjne i
podejście do siatkarzy. Powtórzę to co mówili już inni zawodnicy Skry – tutaj
jesteśmy traktowani jak ludzie, a nie jak maszynki do zdobywania punktów. Ten
klub ma to coś, czego nie spotkałem na przykład w Jastrzębiu, mimo że tam też
jest dobra organizacja.
Na liście klubów, w których grał Daniel Pliński znajdują się tylko
polskie nazwy. Czy kiedykolwiek to się zmieni? – Myślę, że nie. Dwa lata temu
myślałem o wyjeździe, ale nie dostałem żadnej poważnej propozycji. Teraz jest
już chyba za późno, a poza tym w Bełchatowie jest mi bardzo dobrze.
SZÓSTKA KARO –
SIATKÓWKA PLAŻOWA
– Plażówka to moja wielka pasja – mówi najlepszy siatkarz plażowy wśród
reprezentantów Polski. – Z domu na plażę miałem bardzo blisko i przez trzy
miesiące mogłem odbijać piłkę nad morzem. W plażówce więcej od ciebie zależy, bo
tworzysz połowę zespołu, w hali jesteś tylko jednym z dwunastu. Może dlatego tak
bardzo polubiłem tę grę – mówi Daniel, który kiedyś ujawnił, że chciałby
pojechać na igrzyska olimpijskie do Londynu jako siatkarz plażowy. Te plany
trochę się jednak zmieniły. – Po pierwsze, wszystko zależy od mojego zdrowia. Po
drugie, zobaczymy czy nowy trener reprezentacji Polski w siatkówce halowej
będzie widział mnie w składzie. Jeśli będę zdrowy i dostanę powołanie, to
chciałbym powalczyć o Londyn, ale jeszcze raz w siatkówce halowej.
Jeśli nie zostanę powołany, to być może wrócę na plażę. Bardzo chciałbym
być pierwszym Polakiem, który zagra na igrzyskach w obu odmianach siatkówki.
Będzie to jednak bardzo trudne. Przebicie się do turniejów głównych World Touru
w siatkówce plażowej to trudne wyzwanie. Poziom jest bardzo wysoki, a gwarancji,
że odniesiesz sukces nie ma żadnych. Nawet nie wiem kto mógłby być moim
partnerem.
ÓSEMKA KARO –
PEKIN
Czemu nie
zdobyliście w Chinach medalu?
Bo najsłabszy mecz zagraliśmy w ćwierćfinale. Byliśmy spięci, za bardzo
chcieliśmy wygrać, a efekt był taki, że graliśmy gorzej niż w poprzednich
spotkaniach. W Pekinie prezentowaliśmy się lepiej niż w mistrzostwach świata,
ale wystarczyło to tylko na ćwierćfinał.
Ciekawa
koncepcja. W Japonii zostaliście wicemistrzami świata, a w Pekinie odpadliście w
ćwierćfinale. Mimo to twierdzisz, że graliście lepiej podczas igrzysk?
W Japonii mieliśmy po prostu więcej szczęścia, zwłaszcza w meczu z Rosją.
Tego szczęścia zabrakło nam w potyczce z Włochami w Pekinie. Ale cały turniej
olimpijski rozegraliśmy naprawdę na najwyższym poziomie. Tyle że wygraliśmy nie
ten mecz, który był najważniejszy.
Sobie nie masz
nic do zarzucenia? W kraju nie oceniono twojego występu zbyt pozytywnie.
Każdy ma prawo do swojej oceny, ale ja uważam, że byłem w wysokiej formie
i nie zawiodłem. Mecz z Brazylią był najlepszym w historii moich występów w
reprezentacji. Zdobyłem 11 punktów, miałem 5 bloków. Przeciwko najlepszemu
zespołowi świata to naprawdę świetny wynik. W pozostałych meczach, w których
grałem także nie zawiodłem. Statystyki miałem lepsze niż podczas mistrzostw
świata w Japonii.
DWÓJKA TREFL –
PRZYJACIEL
Tamtej feralnej nocy Daniel Pliński nagle obudził się jakby tchnięty
przeczuciem. Włączył telefon. Na poczcie głosowej czekała informacja od
dziewczyny Maćka. „Maciek miał wypadek samochodowy, jest w szpitalu w stanie
krytycznym.”
Maciej Olszewski, partner Daniela z zespołu siatkówki plażowej zmarł trzy
tygodnie później. Kolejną tragiczną wiadomość Daniel odsłuchał o czwartej nad
ranem. – Byliśmy przyjaciółmi, spędzaliśmy ze sobą wiele godzin i nie
musieliśmy nawet ust otwierać, żeby się zrozumieć. Tamtego feralnego dnia
wróciliśmy jego samochodem do Olsztyna z Pucharu Polski w Kędzierzynie-Koźlu.
Potem on został w Olsztynie, bo chciał dłużej pobyć z narzeczoną, a ja
pojechałem pociągiem do domu, do Pucka. Gdybym wtedy dał się namówić i został w
Olsztynie, to ja prowadziłbym samochód, bo Maciek od niedawna miał prawo jazdy.
Wtedy długo się zastanawiałem, czy zostać na noc w Olsztynie. Wsiadłem jednak do
pociągu. Po raz pierwszy od trzech lat. Gdybym mógł przewidzieć co się potem
stanie… Maciek był dobrym człowiekiem i widocznie Bóg go tam u siebie
potrzebował.
DZIEWIĄTKA
KARO – HOBBY
Karty, ale o tym już mówiłem. Moim marzeniem jest także mieć kiedyś
trzy-cztery psy. Na razie mamy w domu pięcioletniego boksera, ale mam nadzieję,
że gdy postawię dom w Pucku i osiądę tam na stałe, to psia rodzina się
powiększy. Uwielbiam zwierzęta, nienawidzę programów, w których pokazuje się
cierpienie różnych stworzeń. Psy to są bardzo mądre zwierzęta, czują tak jak
człowiek. Może mają trochę mniej rozumu, choć gdy patrzę na zachowanie
niektórych ludzi, to często muszę ten pogląd weryfikować.
AS KIER –
PRZYSZŁOŚĆ
Kto powinien
zostać trenerem reprezentacji Polski? Jesteś za wariantem polskim czy
zagranicznym?
Trenerem kadry powinien być obcokrajowiec. Polscy młodzi trenerzy już
prezentują dobry poziom, ale na nich jest jeszcze za wcześnie.
Myślisz powoli
o zawieszeniu butów na kołku?
W grudniu skończę 30 lat, ale nie czuję się staro. Na pozycji środkowego
można długo grać w siatkówkę. W reprezentacji Włoch Mastrangelo ma 33 lata, a
Bovolenta 34. Nic nie stoi więc na przeszkodzie żebym i ja jeszcze parę lat
pograł w siatkówkę i pojechał na igrzyska do Londynu. Jeśli oczywiście dostanę
powołanie i wygram rywalizację z młodszymi środkowymi. Kiedyś Raul Lozano
powiedział, że w Bełchatowie jest weteran Pliński. Jeśli chodzi o zdrowie, to
może i jestem weteranem, ale mam ambicję i chęci żeby wciąż grać w reprezentacji
i udowodnić trenerowi, że nie jestem jeszcze emerytem.
Może już tak bardzo nie wariuję na punkcie siatkówki jak kiedyś, ale
wciąż palę się do gry. Kiedyś nie potrafiłem usiedzieć pół dnia bez gry. Podczas
Ligi Światowej 2005, gdy drużyna rozgrywała jakiś mecz wyjazdowy, ja miałem trzy
dni wolnego. Zamiast siedzieć w domu i odpoczywać, pojechałem z bratem na
turniej siatkówki plażowej. Nieźle mi się potem dostało od trenera, że zamiast
odpoczywać grałem na plaży. Teraz, gdy mam trzy dni wolnego, bardziej się
szanuję i nie dotykam piłki.
A kiedy już
definitywnie odłożysz piłkę w kąt?
Jeszcze nie wiem. Może założę z żoną jakiś mały biznes, może zostanę
trenerem i poprowadzę zawodowy klub? Moim marzeniem jest jednak praca z
dzieciakami. Fajnie byłoby uczyć siatkówki młodych ludzi.
DZIESIĄTKA PIK
– KASA
Czy jestem bogaty? W porównaniu z przeciętnymi obywatelami, którzy ciężko
pracują do 60 roku życia, by utrzymać siebie i swoje rodziny, to my siatkarze
mamy jak u pana Boga za piecem. Pamiętajmy jednak o tym, że nasze kariery nie
trwają długo i przez kilkanaście lat musimy zarobić pieniądze na całe życie.
Największe pieniądze płaci się w siatkówce reprezentantom kraju, a ja w zespole
narodowym gram dopiero od 2005 roku. To jest odpowiedź na pytanie czy zarobiłem
na grze w siatkówkę wielkie pieniądze. W pierwszym sezonie gry w Wołominie
zarabiałem 700 złotych miesięcznie. Potem oczywiście te stawki rosły i teraz nie
mogę już narzekać. Staram się pieniądze dobrze inwestować, kupiłem ziemię w
Pucku i mieszkanie w Bełchatowie, przez dwa lata inwestowałem pieniądze na
giełdzie, ale w dobrym momencie udało mi się wycofać środki. Mimo kryzysu dużo
nie straciłem.
DAMA KIER –
KOBIETY JEGO ŻYCIA
Chcę do domu, do mamy – oznajmia dwuletnia dziewczynka, sygnalizując
gotowość do rozpłakania się, gdy tylko jej prośba nie zostanie spełniona. Daniel
próbuje jeszcze ratować sytuację, podtykając małej listopadowy numer „Super
Volleya”. – Zobacz, wujek – wskazuje na zdjęcie Mariusza Wlazłego. – Ujek
Mariusz – stwierdza dziewczynka, ale nie daje się zwieść. – Chcę do domu –
komunikuje. Może dobrze się składa, bo nadszedł czas na opowieść o rodzinie.
Państwo Plińscy mieszkają na czwartym piętrze w wielkim bloku na jednym z
bełchatowskich osiedli. Drzwi otwiera pani domu, drobna, urocza blondynka.
Poznali się, gdzieżby indziej, na osiedlowym podwórku w Pucku. Tym samym, na
którym Daniel kopał piłkę z Marcinem Wiką. – Marta mieszkała jakieś dwieście
metrów ode mnie. Ale przez długi czas znaliśmy się tylko z widzenia. Pierwszy
raz rozmawialiśmy na Sylwestrze w 1996 roku. Miałem wtedy 18 lat, trafiliśmy na
jedną imprezę i zaiskrzyło między nami. Od tamtego czasu jesteśmy ze sobą na
dobre i na złe – wspomina „Plina”. Początkowo drogi Marty i Daniela biegły w
różne strony. On zmieniał kluby, ona kończyła studia w Olsztynie. – Mogliśmy
razem zamieszkać dopiero w Jastrzębiu – mówi Daniel, podrzucając do góry
szczęśliwą córkę.
Julka przyszła na świat, gdy Daniel grał w barwach Jastrzębskiego Węgla.
– To był trudny okres, bo mieliśmy mistrzostwa świata i przez pierwsze osiem
miesięcy po narodzinach Julki, w domu byłem w sumie może 40 dni. Dobrze, że
córka mnie poznała, gdy wróciłem z Japonii – mówi Daniel. – Raz tylko mnie nie
poznała, gdy ufarbowałem włosy na blond. Na początku trochę się mnie bała –
śmieje się siatkarz.
– Daniel ma świetny kontakt z Julią. Potrafią się razem znakomicie bawić
– mówi Marta, która z uwagą śledzi poczynania męża na parkiecie. – Nie zawsze mi
się udaje wszystko dostrzec, bo Julka wchodzi w ekran telewizora i szuka taty.
Rozpoznaje też wujków, Marcina Wikę, czy Mariusza Wlazłego – śmieje się pani
domu. Pytana o to jak Daniel radzi sobie z pracami domowymi, lekko się uśmiecha.
– Coraz lepiej. Pomaga jak umie. Najlepszy jest w „jeździe na mopie”.
Już niedługo Daniel będzie miał więcej powierzchni do zmywania, bo w
połowie przyszłego roku ukończona zostanie budowa domu państwa Plińskich nad
Zatoką Pucką. – Ten dom to nasze wspólne marzenie, a Puck to nasze miejsce na
ziemi. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli mieszkać gdzie indziej – mówi Daniel.
JOKER –
PLIŃSKI DO KIBICÓW
Na zakończenie spotkania na stole pozostał tylko joker. W naszej zabawie
oznaczał on dwie minuty dla Daniela, które karciany mistrz mógł wykorzystać
wedle swego uznania. Wybór tematu należał do niego. – Chciałbym kilka słów
skierować do kibiców – oznajmił Daniel po króciutkim namyśle. – Jesteście
najlepsi na świecie. Dziękuję wam za wspaniały doping, który nas uskrzydla.
Pamiętajcie jednak o tym, że siatkówka to nie tylko nasza pasja, ale także nasz
zawód, że na treningach wylewamy hektolitry potu, ciężko pracujemy, by stawać
się lepszymi i dawać wam radość. Na boisku dajemy z siebie wszystko, walczymy z
pełnym zaangażowaniem, ale nie zawsze udaje nam się wygrywać. Nie jesteśmy
nadludźmi. Też mamy prawo do chwili słabości. Zrozumcie to.