Daniel Pliński przyznaje - siatkarze szepczą o medalu
Data dodania: 08.08.2008, źródło: www.sport.pl
Niektórzy
w drużynie szepczą o medalu, ja też czuję w kościach, że będzie nieźle -
mówi siatkarz reprezentacji Raula Lozano. Z Danielem Plińskim rozmawia w
Pekinie Rafał Stec.
Rafał Stec: Po
nieszczęsnym finale Ligi Światowej w Rio de Janeiro zaszyliście się w
chińskim Honghzou. Łatwo było zapomnieć o porażkach 2:3 z Amerykanami i 0:3
Serbią?
Daniel Pliński: Przede wszystkim pamiętaliśmy, że np. Amerykanie pierwszego
dnia zagrali z Serbią tak samo słabiutko jak my. I że nam zabrakło jednego
skutecznego ataku w tie-breaku, by nie tylko ich pokonać, ale w ogóle
wyrzucić z turnieju. To świadczy o tym, jak niesamowicie wyrównany jest
poziom w czołówce i jak łatwo wszyscy w czołówce wpadają w dołki.
Z Amerykanami graliśmy nieźle, co zatarliśmy beznadziejnym meczem z Serbią.
Nie wychodziło nam nic, czuliśmy całkowitą bezradność. Katastrofa. Takie
incydenty w siatkówce się po prostu zdarzają, ale w ważnych meczach nie
zdarzają się często i jestem przekonany, że nam się prędko nie powtórzą. W
Pekinie mam nadzieję Serbów pokonać. Nie powalczyć, tylko pokonać. Mieliśmy
dwa tygodnie, podczas których odzyskaliśmy równowagę i przede wszystkim
formę. Treningi stały na bardzo wysokim poziomie. Czyli wspomnienia z Rio wykasowane?
- Wykasowane. Była analiza i potem zabraliśmy się do pracy. Trener Lozano
też zwracał uwagę, jaki drobiazg dzielił Amerykanów od klęski. Przebieg
finału nas nie załamał, ale utwierdził w przekonaniu, że na igrzyskach może
się zdarzyć wszystko. Podobną sytuację już zresztą przeżyliśmy - kiedy
przegraliśmy eliminacje ME w Estonii, wszyscy na nas wieszali psy, a my
tydzień później uzyskaliśmy olimpijski awans w bardzo dobrym stylu. W
takich chwilach człowiek się przekonuje, że podporządkowywanie mniej
ważnych turniejów bardziej ważnym ma sens.
Co będziecie mieli w głowach przed niedzielną
inauguracją z Niemcami?
- Przeświadczenie, że może od niej zależeć bardzo wiele. Musimy wygrać w
dobrym stylu, to nas bardzo wzmocni i ostatecznie przywróci na właściwy
tor. Może dać gigantycznego kopa. Jeśli się uda, mamy szansę naprawdę dużo
zwojować w Pekinie.
To zwycięstwo może wam dać niemal pewność
wyjścia z grupy. System, według którego rozgrywa się turniej olimpijski,
sprawia, że dwie wygrane wystarczają często do gry w ćwierćfinale, a wy
drugi mecz gracie ze słabym Egiptem...
- W ćwierćfinale możemy trafić wyłącznie na rywali, z którymi często
wygrywaliśmy - Bułgarię, USA, Włochy. Ale na razie nie chcę wybiegać tak
daleko. W naszej grupie scenariusz przewiduję taki, że o pierwsze miejsce
będą walczyć Brazylia i Rosja, które na pewno będą w lepszej formie niż w
Rio, a o trzecie - my, Serbowie oraz Niemcy, choć oczywiście chcemy
wygrywać ze wszystkimi, także z faworytami. Nie sądzę, by Serbowie
utrzymali formę sprzed dwóch tygodni. Tam szalał nie tylko Miljković, cała
szóstka grała świetnie. Wystrzelili za wcześnie. A teraz mają bardzo ciężki
start - z Brazylią i Rosją.
Dla nas minimum to ćwierćfinał. Wynik słabszy byłby porażką. Półfinał by
mnie usatysfakcjonował, choć wszyscy stawiamy sobie cel wyższy - medal. Ja
myślę o czołowej czwórce, bo w siódemce najlepszych drużyn świata różnice
są naprawdę niewielkie. Wiem, że gadam banały, ale to święta prawda, każda
impreza mnie w tym utwierdza. Jestem np. przekonany, że Brazylia będzie
miała największe problemy od lat, by zdobyć złoto. Dlatego że inni poszli
do przodu. Uważam, że np. my jesteśmy indywidualnie znacznie lepsi niż
przed mistrzostwami świata, musimy tylko przełożyć ten postęp na drużynę.
Skoro staliście się mocniejsi, to dlaczego po
ubiegłorocznym finale LŚ w Katowicach zaczęliście przegrywać z kim
popadnie? Do tamtego momentu właściwie przez całą kadencję Lozano szliście
do góry, nawet po srebrze mundialu z rozpędu wygraliście jeszcze 14 meczów
z rzędu...
- Coś złego stało się po niepowodzeniu z Brazylią, sami pompowaliśmy balon,
tak bardzo chcieliśmy ją pokonać i wygrać całe rozgrywki, że porażka,
przecież dość nieznaczna, bardzo podcięła nam skrzydła. Ale w tym roku się
zmieniliśmy i potrafimy szybko uciec od rozpaczania po porażce. Czytałem,
że zdaniem wybitnego siatkarza Andrei Zorziego od Serbów różni nas tyle, że
my klęski rozpamiętujemy, a oni o nich zapominają natychmiast po meczu. Nie
zgadzam się. Nauczyliśmy się tego samego, a teraz czujemy się naprawdę
bardzo dobrze. Choć treningi nie wystarczą, wszystko weryfikuje prawdziwa
gra, to wiem, że naprawdę dawno podczas ćwiczeń przed turniejem nie
wyglądaliśmy tak dobrze jak ostatnio.
Nawet zagrywka, którą ostatnio niespecjalnie
potrafiliśmy ugodzić przeciwnika?
- Nawet zagrywka, pracowaliśmy nad nią bardzo dużo. To dla wszystkich
impreza życia, nie przyjechałem tu, żeby założyć czapeczkę i strój z
napisem "Olympic Games". Chcę zostać w Pekinie do 25 sierpnia (24 sierpnia,
w ostatnim dniu igrzysk, siatkarze grają o medale).
Lekarz reprezentacji pływaków Robert
Śmigielski mówił mi, że wyczuwa u wszystkich polskich sportowców
zniecierpliwienie, że wszyscy chcieliby już przystąpić do walki o medale...
- W naszej drużynie tego nie widzę. Spokojnie czekamy, raz dziennie
trenujemy, nie spalamy się. Nie wiem nawet, czy pójdziemy na ceremonię
rozpoczęcia. Ja bym chciał, ale tam czeka nas pewnie półtorej albo dwie
godziny stania na stadionie, więc trener Lozano może zdecydować, że
zostajemy.
A starty innych Polaków będziecie oglądać?
- Boję się, że nie damy rady. W pokojach nie mamy telewizorów, jeździć na
halę nie będziemy mieli czasu. Ja bym bardzo chciał oglądać piłkarzy
ręcznych. Ich dyscypliną zainteresowałem się w tym samym czasie co
większość Polaków, po ich medalu MŚ, i od tamtego momentu strasznie im
kibicuję. To fajne, bardzo skromne chłopaki, wiele bym dał, żeby dopingować
ich z trybun. Na mnie w ogóle cała wioska robi ogromne wrażenie - tylu
sportowców razem, czasem słynnych, wszyscy w jednej stołówce, obok ciebie
na siłowni ćwiczy Rafael Nadal... A zarazem czujesz napięcie wielkiego
oczekiwania, widzisz, że wszyscy są skupieni na tym samym celu. Super.
Wróćmy do siatkówki - do niedawna czołówka
była bardzo stabilna, podium na każdym turnieju wyglądało identycznie,
ostatnio hierarchia wciąż się przewraca. Mistrzami Europy zostają
Hiszpanie, LŚ wygrywają Amerykanie, porażki ponosi Brazylia, wraca do
gry Serbia etc. Czy kalendarz do granic możliwości wypełniony
rozgrywkami nie sprawia, że o wynikach zaczyna decydować przypadek, że
nie wygrywają najlepsi, lecz ci, którzy przetrwają, unikną kontuzji,
akurat trafią z formą?
- Z jednej strony to dobrze, że tyle się gra, bo widocznie ludzie chcą
nas oglądać. Gdyby nie chcieli, nikt by nowych turniejów nie wymyślał.
Ale rzeczywiście na wynikach to tempo się odbija. Każdą reprezentację
dopadają potworne problemy, kontuzje wymuszają przesadne zmiany w
składzie, brakuje czasu na treningi, więc nikt nie potrafi utrzymać
wysokiego, równego poziomu. Finał LŚ może świadczyć o tym, że zaraza
dotknęła nawet Brazylię. Dlatego tak trudno typować wyniki, wiele
zależy od zdrowia. Tutaj nie chodzi o prawdziwe kontuzje, ale o ogólną
dyspozycję. Kiedy coś kogoś boli, od razu widać, że nie ma luzu, że
jego ruchy są przyblokowane. Serbowie i Amerykanie byli w Rio
najzdrowsi i dlatego zagrali w finale. Ale mam wrażenie, że imprez nie
ubędzie. Najwyżej przybędzie. Może nadejdzie czas, by powoływać dwie
reprezentacje?
Czujecie moc?
- Na pierwszym treningu w Pekinie czułem się średnio, ale to u mnie
normalne, zawsze tak reaguję po przylocie. Ogólnie czuję, że forma
jest. Oby ją przełożyć na mecz. Powtarzam się, ale jest wielu mistrzów
treningu, którzy na oficjalnych zawodach się spalają.
Raul
Lozano też jest zadowolony z treningów, ale powiedział mi, że choć
teraz, podobnie jak przed mundialem, znów wiele tygodni przebywaliście
razem, to nie było żadnych szans przygotować się do igrzysk aż tak
perfekcyjnie jak wówczas...
- To się już pewnie nie powtórzy, by wtedy trener miał przez pięć
miesięcy 18-19 zawodników i mógł spokojnie pracować z nimi w Spale.
Teraz ciągle podróżowaliśmy, więc zajęcia musiały być ograniczone, ale
uważam, że biorąc pod uwagę okoliczności, wycisnęliśmy maksa. I
zapisuję na plus to, że ostatnio ćwiczyliśmy już w chińskim Hongzhou, w
tym klimacie. Inni tego nie mieli.
Zaraz podfruniesz od tego entuzjazmu...
- Zazwyczaj jestem optymistą, ale tym razem nie tylko ja. Inni w
drużynie też szepczą o medalu. Zwłaszcza jeden, ale nie podam nazwiska.
Ja też czuję w kościach, że będzie nieźle, naprawdę. Ostatni rok był
szarpany, pełen wpadek ze słabymi, ale twierdzę, że ten turniej wypali.
Marzę, by kibice nas witali jak po srebrze na mundialu w Japonii.
Relacje z Lozano się zmieniły? Najpierw
mógł się wydawać nieomylny, bo szliście bez przerwy do przodu, potem
przyszły niepowodzenia...
- Ani trener się nie zmienił, ani nasz stosunek do niego, wciąż ma
autorytet i posłuch w drużynie. Od początku jest bardzo konsekwentny i
osiąga swoje, choć nie ulega wątpliwości, że jak każdy pewnie popełnia
błędy. Ale jak nie on, to kto miałby nas doprowadzić do medalu? Nikomu
innemu w ostatnich 25 latach się nie udało.
Jest już właściwie przesądzone, że po
igrzyskach Lozano, któremu wygasa kontrakt, odejdzie. Wynik w Pekinie
powinien mieć wpływ na jego przyszłość? Wyobrażasz sobie, że zdobywacie
tutaj w ładnym stylu medal, a on nie kontynuuje pracy z wami?
- Nie znam szczegółów kontraktu trenera, nie wiem, czy chciałby odejść,
nie wiem, co dzieje się w PZPS. To nie zawodnicy wybierają
selekcjonera, choć ta grupa obecnego akceptuje w 100 proc. Raul pewnie
musiałby wszystko przemyśleć, bo w kadrze nastąpi zmiana pokoleniowa, a
interesowałaby go pewnie umowa do igrzysk w Londynie. Nie siedzę w jego
głowie, mogę najwyżej powiedzieć, co ja bym zrobił jako trener po
ewentualnym wygraniu złota olimpijskiego. Odszedłbym. Po wspaniałym
sukcesie, w wielkim stylu.
A co zrobisz, jak zdobędziesz medal olimpijski jako zawodnik?
- Niby moje wszystkie marzenia już się spełniły, bo medal już zdobyłem
na MŚ, a teraz dołożyłbym ten najważniejszy. Ale już mam następne
plany. Zagrać na igrzyskach w siatkówkę plażową, choć to niezwykle
ciężkie wyzwanie, bo zanim bym się przebił, być może czekałyby mnie dwa
lata jeżdżenia po różnych turniejach i zbieranie łomotu. Ale wyczyn
byłby niesamowity - zostać pierwszym Polakiem, który zagrał na
igrzyskach i w hali, i na plaży.