data dodania: 06.09.2007; źródło: Przegląd Sportowy

Sześć tez Tomaso Totolo. Były trener Jastrzębskiego Węgla wywiesił je na drzwiach klubowej szatni, by zmobilizować podopiecznych, wśród nich także Daniela Plińskiego, do walki w play-off. Jak zasady włoskiego szkoleniowca interpretuje środkowy reprezentacji Polski? Przeczytajcie, bo warto.

TEZA I
"WIARA"


W co wierzy Daniel Pliński?
- W Boga, rodzinę i w reprezentację Polski siatkarzy. Przed mistrzostwami świata mówiłem głośno o tym, że jedziemy do Japonii po medal i nie pomyliłem się. Nie wiem, czy w drużynie jest jeszcze ktoś, kto tak mocno wierzy w sukces. Nie wierzę w cuda czy farmakologię, wierzę w pracę. Żeby być dobrym, mocnym psychicznie zawodnikiem, trzeba wykonać gigantyczną robotę. A bez wiary nie da się wytrzymać ciężkich treningów.

Wierzy pan w medal mistrzostw Europy? - Jeżeli nie awansujemy do półfinału, to będzie to wielka porażka. Wierzę w to, że Grzesiek Szymański jest w stanie zastąpić Mariusza Wlazłego. W tej reprezentacji jest dwunastu, a nawet więcej dobrych graczy, ażeby absencja jednego, czy nawet dwóch nie rozbijała zespołu.

Pytanie o sukces podczas igrzysk w Pekinie jest tylko formalnością?
- Droga do igrzysk jest daleka i trudna. myślę jednak, że drugi zespół w światowym rankingu powinien być w Pekinie. Start w igrzyskach to moje wielkie marzenie, drugim jest występ w Londynie w 2012 roku, ale w innej dyscyplinie. Chcę się zakwalifikować do igrzysk także w siatkówce plażowej.

Przecież od lat nie grał pan na plaży! Z kim utworzy pan parę?
- Jeszcze nie wiem, ale ktoś się znajdzie. Myślę, że polską parę stać na to, żeby pojechać do Londynu, ze znajdą się pieniądze na przygotowania.

Niestety, nigdy nie zagra pan już u boku Maćka Olszewskiego...
- Byliśmy przyjaciółmi, spędzaliśmy ze sobą wiele godzin i nie musieliśmy nawet ust otwierać, żeby się zrozumieć. Tamtego feralnego dnia wróciliśmy jego samochodem do Olsztyna z Pucharu Polski w Kędzierzynie-Koźlu. Potem on został w Olsztynie, a ja pojechałem pociągiem do domu, do Pucka. W nocy obudziłem się o drugiej, co mi się nigdy nie zdarza, i włączyłem telefon, czego też zazwyczaj nie robię. odsłuchałem pocztę, na którą nagrała się jego dziewczyna. powiedziała, że Maciek miał wypadek i jest w stanie krytycznym w szpitalu.

Gdyby pan został w Olsztynie...

- To ja bym prowadził samochód, bo Maciek od niedawna miał prawo jazdy. Wtedy w Olsztynie długo się zastanawiałem, czy wsiąść do pociągu, czy zostać na noc. Wsiadłem jednak do pociągu, po raz pierwszy od trzech lat. To były dla mnie ciężkie chwile, ale wiara w Boga mi pomogła. Maciek był dobrym człowiekiem i widocznie Bóg go tam u siebie potrzebował.

TEZA II
"NATYCHMIAST ODNAJDYWAĆ W SOBIE POKORĘ, PO TO, BY BYĆ GOTOWYM NA WSZYSTKO"


Po mistrzostwach świata miał pan problem z zachowaniem pokory?
- Cały czas jestem pokorny i gotowy do ciężkiej pracy. Może czasami trochę mnie w Jastrzębiu ponosiło i wybuchałem, ale to dlatego, że nie lubię przegrywać. po mistrzostwach świata byłem przekonany, że w klubie też będziemy odnosili sukcesy, ale tak nie było. Przegrywaliśmy mecze, których przegrać nie mieliśmy prawa. To mnie złościło, jako kapitan czułem się za zespół odpowiedzialny. Mogę jednak zapewnić, ze w tej reprezentacji woda sodowa nikomu nie uderzyła do głowy. Gdybyśmy nadal nie odnajdywali w sobie pokory to nie trenowalibyśmy tak ciężko.

Na swoją szansę w reprezentacji czekał pan długo, cierpliwie i z pokorą...
- Zadebiutowałem w kadrze Lozano jako 26-latek. Wcześniej w telewizji oglądałem mecze chłopaków w Lidze Światowej. Przed telewizorem dostawałem kota i nie wytrzymywałem do końca meczu. Brałem piłkę i szedłem grać. Zawsze marzyłem o tym, żeby być w reprezentacji Polski i nie przeszkadzało mi to, ze na początku byłem piątym czy szóstym zawodnikiem na swojej pozycji. Wiedziałem, że musze pracować i czekać na szansę. Na tym polega rywalizacja, nikt nie da ci gwarancji, ze będziesz występował w podstawowym składzie.

Nawet po przegranych meczach długo rozdaje pan autografy. Dziennikarze zawsze mogą liczyć na wypowiedzi Plińskiego. Nigdy się pan nie obraża, nie ma humorów. Skąd tyle cierpliwości?
- Wszyscy jedziemy na tym samym wózku - kibice, zawodnicy, trenerzy, dziennikarze i działacze. Wszyscy tak samo przezywamy porażki. Żaden polski dziennikarz nie jest szczęśliwy, gdy przegrywa nasza reprezentacja. Dlatego myślę, że każdemu z was należ się te pięć minut, czy dziesięć minut wywiadu.

Nawet jeśli bywamy niesprawiedliwi w ocenach, jeśli krytykujemy?
- Każdy ma prawo do swoich poglądów. Jeśli robi to w dobrej wierze, bez złośliwości, to nie ma się o co obrażać. Jeśli mam inne zdanie niż dziennikarz, to mogę tylko przedstawić swój pogląd. A kibice? Dzięki nim jesteśmy na topie. My jesteśmy dodatkiem, a gwiazdami są oni.

TEZA III
 MIEĆ ODWAGĘ DO PODJĘCIA RYZYKA"

 
 Czy jest pan odważny?
 - Tak. Jeśli mam coś do powiedzenia, to wypowiadam swoje opinie, nawet jeśli one niektórym ludziom się nie podobają. Nie chowam głowy w piasek.
 
 Nawet wobec Raula Lozano, który nie znosi sprzeciwu?
 - Nawet wobec niego. Życie pokazuje jednak, że Raul zwykle ma rację. Jego decyzje wychodzą nam na zdrowie. On jest trenerem i do niego należy decyzja. Ale często z nami rozmawia, przyjmuje nasze racje.
 
 TEZA IV
 "NIE MIEĆ OBAW I SOLIDARYZOWAĆ SIĘ Z DRUŻYNĄ"

 
 Jak to jest z tą solidarnością w reprezentacji? Nie da się wszystkich lubić, w każdej grupie muszą być swary.
 - Pewnie, że są, ale ja jestem człowiekiem, który ze wszystkimi dobrze żyje. Z jednym się przyjaźnię, z innym tylko koleguję, ale wrogości nie czuję do nikogo. Zawsze staram się szukać u drugiego człowieka pozytywów. Jedno co mnie drażni i czego nigdy nie zaakceptuję, to lekceważący stosunek do treningów i kolegów z zespołu. Jeżeli taki gość dziesiątego dnia każdego miesiąca idzie z uśmiechem na twarzy po wypłatę i nie ma sobie nic do zarzucenia, to mnie trafia szlag. Takie sytuacje były w jednym z klubów. Miałem przez to kilka kłótni, bo "olewactwa" nie jestem w stanie zdzierżyć.
 
 A trenerów spotkanych na swojej drodze pan akceptował?
 - Jakoś tak się złożyło, że mam szczęście do trenerów. Z żadnym nie miałem konfliktu. Może dlatego, że jestem niespotykanie spokojnym facetem.
 
 TEZA V
 "WIEDZIEĆ JAK I CO ZMIENIĆ"

 
 Przeszedł pan w tym roku z Jastrzębia do Skry, ale marzeniem Daniela Plińskiego jest gra w lidze włoskiej. Dlaczego nie udało się tych planów zrealizować?
 - Lubię wyzwania. Nigdy nie grałem za granicą, a jeśli miałbym wyjechać, to do najlepszej ligi w Europie, którą jest włoska Serie A. Nie udało mi się, bo nie miałem propozycji z Italii, ale polska liga cały czas się rozwija. Z roku na rok jest coraz lepsza i cieszę się z transferu do Skry.

Do 2005 roku łączył pan grę w hali z plażówką. Trudno było porzucić drugą pasję?
 - Gra na plaży była tylko dodatkiem, a ja marzyłem o reprezentacji Polski. Kiedy dostałem powołanie od Raula Lozano, nawet się nie zastanawiałem.
 
 TEZA VI
 "ŻYĆ DOBRZE, MIEĆ NORMALNE ŻYCIE"
 
 Czy znany siatkarz może mieć normalne życie?

 - Czasami jest trudno (śmiech). Ale pilnuję swojej prywatności. Kiedy wracam do swego małego miasteczka - do Pucka - zaszywam się w mieszkanku i jestem szczęśliwy na łonie rodziny. Kiedyś pewien dziennikarz zaproponował mi trzydziestominutowy program telewizyjny o mnie. Miał nas odwiedzić w domu, pokazać w kapciach. Powiedziałem, że nie chcę swojego prywatnego życia wystawiać na widok publiczny, ale on mi uświadomił, że jestem wicemistrzem świata i, że nie mam już prywatności. Zgodziłem się na wywiad, ale potrafię rozdzielić sprawy zawodowe od rodzinnych. Na szczęście mam żonę, która jest cierpliwa i akceptuje to, co robię.
 
 Nie bywa zazdrosna? Ma znanego męża, który często przebywa poza domem. Nie jest trudno ulec pokusie.
 - Pewnie, że pokusy są, ale ja twardo stąpam po ziemi. Nie unikam alkoholu, ale wiem kiedy, z kim, gdzie i ile mogę wypić. Nie mam problemów i powiedzeniem "dość" w odpowiednim momencie. A kobiety? Kręcą się wokół nas, ale ja kocham żonę. Swoją.
 
 Marzenia ma pan klasyczne? Domek, dziecko i drzewko?

 - Moja wspaniała żona zrobiła właśnie projekt domu, załatwiła firmę budowlaną, pozwolenia i w maju zaczynam budowę. 150 metrów z widokiem na zatokę. Jeśli zdrowie mi dopisze i zarobię parę groszy, to za dwa lata dom będzie gotowy. A w nim szczęśliwa rodzinka - żona, córeczka, ja i pies. Marta akceptuje moją pracę, godzi się na wszystkie niedogodności i nie skarży się. Ale gdybym kiedyś musiał wybierać siatkówka albo oni, to wybrałbym rodzinę, mimo mojej wielkiej miłości do tego sportu.