źródło: Magazyn Siatkówka (Aneta Stylska)

Trwa dobra passa Daniela Pińskiego. Środkowy reprezentacji Polski i Jastrzębskiego Węgla, to tegoroczny wicemistrz Polski, a także świeżo upieczony ojciec trzymiesięcznej Julii. To także zawodnik, który przekonał do siebie trenera Raula Lozano i ma pewne miejsce w składzie reprezentacji na Ligę Światową. Zapewne zobaczymy go tez na mistrzostwach świata w Japonii.

- Rozmawialiśmy rok temu, co uznałbyś za najważniejsze wydarzenie minionych miesięcy?
- To chyba pytanie retoryczne. Oczywiście, ze najważniejsze były narodziny dziecka, które przyszło na świat w kwietniu. Kiedyś liczyła się głównie kariera, ale priorytety się zmieniają i teraz najważniejsza jest dla mnie rodzina.

- Przed rokiem cieszyłeś się, że trener Lozano powołał cię do kadry. Czy grając w Jastrzębiu często zastanawiałeś się nad kolejnym powołaniem?
- Chciałem dalej być w reprezentacji, ale oczywiście nie myślałem o tym cały czas. Trochę się obawiałem czy trener Lozano powoła dwóch środkowych z jednego klubu. Na szczęście to zrobił i cieszę się, że mogę trenować dalej u jego boku. Mam nadzieje, że nie stracę jego zaufania w najbliższym czasie.

- Martwiłeś się, ze na powołanie może wpłynąć fakt nie zdobycia przez Jastrzębski Węgiel mistrza kraju?
- Nie, akurat tego nie brałem pod uwagę, chociaż różne myśli przychodziły mi do głowy na przełomie roku. Potem przyszły mecze play off, skoncentrowałem się na walce o medale, nie zaprzątałem sobie tym głowy.

- Po finale mistrzostw Polski, w których zdobyłeś srebrny medal, mówiłeś, że jest ci bardzo przykro. Od rozdania medali minęło już trochę czasu, czy dalej przeżywasz porażkę z bełchatowską Skrą?
- Dalej twierdzę, ze nie wygraliśmy srebrnego medalu, a przegraliśmy złoty. Uważam tak jak Amerykanie, ze liczy się "złoto", a drugie czy trzecie miejsce, to porażka. Przegraliśmy i "na otarcie łez" otrzymaliśmy srebrny medal, który dla mnie jest jednak ważny. To dla mnie pierwszy medal zdobyty na hali, dotychczas miałem trzy "złota" wywalczone w siatkówce plażowej.

- Pewnie w sezonie 2006/2007 znów będziesz chciał wywalczyć najcenniejsze trofeum?
- Wicemistrz Polski nie ma wyjścia i musi myśleć o najwyższych celach. Teraz czas na "złoto". Każdy inny medal będzie porażką. W Jastrzębiu buduje się dobra drużyna. Rok temu też mówiliśmy, że mamy ekipę mistrza Polski, a europejskie puchary i liga zweryfikowały nasze myślenie. Mam nadzieję, że teraz będzie inaczej.

- Wielu zawodników po sezonie zmieniło barwy klubowe, a ty zostałeś w Jastrzębiu. Nie kusiły cię zagraniczne kontrakty? - Moja sytuacja nie pozwalała mi na rozglądanie się za innymi klubami. Mam kontrakt z Jastrzębiem jeszcze na dwa lata, bez możliwości wcześniejszego odejścia. W Jastrzębiu jest dobra ekipa i atmosfera, ale martwi mnie to, że nie mogę renegocjować warunków kontraktu.

- Boli cię, ze nie będziesz zarabiał tyle, co inne gwiazdy naszej reprezentacji?
- Nie jestem żadną gwiazdą. Uważam, ze jestem zwykłym zawodnikiem, dodatkiem do tego spektaklu, jaki tworzy publiczność. Gram dla kibiców i mam nadzieję, że będziemy wygrywać i dostarczać im wielu przyjemnych chwil.

- Pochodzisz znad morza, jak się czujesz w śląskim klimacie?
- Ja i żona pochodzimy z Pucka. Odkąd gram w Jastrzębiu mieszkamy w wynajętym przez klub mieszkaniu, które znajduje się w oddalonych o dziesięć kilometrów Żorach. Jest w porządku, bo to bardzo fajna mieścina.

- Koledzy kupują mieszkania, budują domy. A ty planujesz już gdzie się osiedlisz na stałe?
- Chciałbym mieszkać w Szwajcarii, ale nie stać mnie tam na mieszanie. Prawdopodobnie osiedlę się na kurorcie puckim (śmiech).

- Masz menedżera, który zadbałby o wzrost twoich możliwości finansowych?
- Moimi sprawami zajmuje się Ryszard Bosek. Teraz w kwestii kontraktu niewiele może zrobić, ale za jakiś czas liczę na jego pomoc.

- Wspomniałeś o medalach z siatkówki plażowej, ale chyba już coraz rzadziej wracasz do tego tematu?
- Czasem jestem jeszcze pytany o grę na plaży, ale na dziś jest to rozdział zamknięty. Chciałbym się skoncentrować wyłącznie na grze na hali i jak najdłużej pograć w reprezentacji Polski. Moim marzeniem jest pojechać na igrzyska olimpijskie do Pekinu. Do igrzysk zostało jeszcze dwa lata. Wiem, ze będzie ciężko utrzymać się w kadrze. Zrobię jednak wszystko aby przekonać trenera Lozano do swojej osoby. A co z tego wyjdzie, to się okaże.

- Nad czym musisz pracować aby zyskać uznanie trenera kadry?
 
- Ostatnio dużo pracowałem nad blokiem, który na Memoriale Wagnera nie był jeszcze w moim wykonaniu najlepszy. Pracuje tez nad szybkością ataku, co "chodzenie na krótką" było moim mankamentem.
 
 - Jaka jest atmosfera w reprezentacji? Podobno trener Lozano trzyma was bardzo krótko?
 
- Ja bym tak tego nie określił. Wiemy o co gramy, chcemy zdobyć medal i trener nie musi nam tego przypominać. Myślę, że zmienia się nasza mentalność, a trener Lozano miał na to duży wpływ.
 
 - Ale chyba jest ci przykro kiedy dostajesz tylko pól godziny na spotkanie z żoną i córeczką. Tak było podczas Memoriału w Olsztynie.
 
- Niestety, ale ja na to się zgodziłem przed sezonem kadrowym. Wiedziałem, że będę musiał dużo trenować i będę miał mało czasu dla rodziny. Żona znosi rozłąkę gorzej, ale jest bardzo wyrozumiała. Wie, że bardzo zależy mi na grze w tym sezonie w Lidze Światowej, a potem na mistrzostwach świata.
 
 - W tym roku, po śmierci Arka Gołasia, chyba nie ma tak dużej rywalizacji na pozycji środkowego?
 
- Myślę, że jest duża rywalizacja, wbrew pozorom. Jest nas pięciu i każdy ma szanse do grania.
 
 - Na zgrupowaniach i wyjazdach spędzacie ze sobą dużo czasu. Rywalizujecie, ale tez przyjaźnicie się. Kto jest twoim największym przyjacielem w kadrze?
 
- Aby odpowiedzieć na to pytanie musiałbym wymienić pięć sześć nazwisk. To są chłopaki, z którymi tworzymy takie towarzystwo "karciane".
 
 - Uprawiacie hazard?
 
- Hazard to za dużo powiedziane. W wolnych chwilach gramy w brydża na pieniądze, ale bardzo małe.
 
 - W takim razie wypada życzyć samych wygranych przy zielonym stoliku, a przede wszystkim na boisku. Dziękuję za rozmowę.